Wróżenie z fusów

wuj-sam-DonkeyHotey-cc-flickrRok 2013 teoretycznie powinien być rokiem politycznie spokojnym. Bez wyborów, bez ważnych wydarzeń. Najbliższe wybory dopiero w czerwcu 2014 roku – wydaje się daleko. Powieje nudą? Niekoniecznie.

To właśnie w br. polityczny zegar zacznie przyśpieszać. A właściwie już zaczął, bo w polityce rok do wyborów, to okres niezmiernie krótki. Kampanii nie robi się w tydzień, miesiąc, a nawet pół roku. Rok to naprawdę minimum.

Od wiosny 2014 roku do jesieni roku 2015 mamy aż cztery ważne kampanie. Koniec jednej kampanii będzie więc oznaczał automatycznie początek kolejnej. Na początek Parlament Europejski – w maju lub czerwcu 2014 roku wybierzemy europosłów na kolejną kadencję. Potem wybory samorządowe – już jesienią 2014, być może w listopadzie, przyjdzie czas na wybory w gminach, miastach i powiatach. W czerwcu roku 2015 o reelekcję będzie się mógł ubiegać Bronisław Komorowski, wreszcie w październiku – listopadzie mamy wybory w Polsce najważniejsze – czyli parlamentarne. I jeszcze … gdzieś pomiędzy tymi terminami musi się znaleźć miejsce na wybory w PO.

Czy wybory coś zmienią? Czy ewentualne przyszłe zmiany można już dostrzec?

Jeszcze w obecnym czasie trudno wyrokować. Takie prognozowanie jest jak wróżenie z fusów. Obecny układ polityczny w Polsce, zbudowany i zabetonowany jest niezwykle silnymi emocjami. Według tych, którzy tkwią poza nim powoli zaczyna się wypalać. Być może, ale bardzo powoli. Owszem stan, w którym Platforma z PiS-em zwalczają się nawzajem doprowadzi w końcu do tego, że obie partie stracą monopol na scenie politycznej, to jednak jest to jeszcze bardzo odległa przyszłość i wcale nie jest pewne czy nieuchronna. Zależy to od naprawdę wielu czynników.

Pierwszym z nich jest kryzys gospodarczy. Dotychczas nie dotknął Polski. Jest właściwie pojęciem wyłącznie medialnym. Ale niestety to się zmieni. Wystarczy popatrzeć na prognozy wzrostu PKB. Komisja Europejska – 0,4 proc. wzrostu PKB dla strefy euro; 1,8 proc. dla Polski. OECD: 0,2 proc. dla strefy euro; 1,6 proc. dla Polski. Minister finansów jest nieco większym optymistą – bo budżet na rok 2013 oparł na prognozie wzrostu PKB w wysokości 2,2 proc – jednak po raz kolejny podkreślił, że nie wyklucza nowelizacji ustawy budżetowej. To już nie straszenie, to konkrety. W polskich warunkach tak niski wzrost PKB przywołuje spadek realnej wartości wynagrodzeń i dalsze pogorszenie sytuacji na rynku pracy. Ponadto kryzys zmienia społeczne priorytety, zmienia się także struktura społeczeństwa, jego hierarchie wartości, a tym samym preferencje wyborcze.

Po drugie ważne jest jak potoczą się losy polskiej lewicy. Dotychczas nie wygląda to dobrze. Została kompletnie zmarginalizowana. Lewica jest podzielona – SLD nie ma nawet cienia pomysłu co dalej, Palikot plącze się o własne niezdecydowanie. Razem za bardzo nie chcą. To nie daje szans na pozyskanie nowych wyborców i przeskoczenie dotychczasowego, niskiego pułapu notowań. Bez zmian na lewicy, bez jej odbudowania się nie ma szans na jakiekolwiek zmiany preferencji wyborczych.

Także po prawej stronie sceny politycznej nie ma co liczyć na większe zamieszanie. Roman Giertych stwierdził, iż za jakiś czas mogą się pojawić sprzyjające warunki do budowania formacji prawicowej – i wtedy wziąłby w tym udział. Byłego szefa LPR-u łączy się w tym zamiarze z Radkiem Sikorskim i Michałem Kamińskim. Powodzenia. Może osiągnęliby 2 proc. poparcia? PiS póki co „nie wpuści” nikogo na swoje miejsce i jedynie jego dalsza radykalizacja może coś zmienić.

Tak więc nie spodziewajmy się w 2013 roku rewolucji. I może i dobrze, bo nie zawsze zmiany są zmianami na lepsze, a zmiany rewolucyjne rzadko przynoszą coś dobrego. A co będzie potem? Zobaczymy. Nudno jednak z pewnością nie będzie. W polskiej polityce mamy do czynienia z kampanią permanentną. Dla niektórych to jest jak narkotyk. Poza tym są tacy co zdają sobie sprawę, że będą musieli odejść z polityki, w tym także lokalnej i to właśnie takie osoby dostarczą nam wiele „rozrywki”.

One Comment

Comments are closed.