Tag: sport

Przedwojenne boisko przy ulicy Sportowej zaraz po II Wojnie Światowej nie nadawało się do rozegrania pierwszego w polskim Ełku meczu piłki nożnej.

Zawalony most na wąskim torze skutecznie spiętrzył wody rzeki Ełk i nic dziwnego, że leżące nad nią boisko znajdowało się pod wodą. Nie był zresztą to jedyny taki przypadek w historii miasta. Zdarzało się tak i później, że piłkarze Mazura nie mieli gdzie grać, bo na boisku stała woda – na terenach zalewowych tak po prostu czasem bywa.

Dlatego też pierwszy mecz rozegrano przy ulicy Gdańskiej, w miejscu, gdzie jeszcze kilkanaście lat wcześniej odbywał się handel bydłem, a później znajdowała się targowica miejska. Miejsce to przeszło także do historii w roku 1932, kiedy to wielotysięczny tłum entuzjastycznie witał tam Adolfa Hitlera.

To przy ulicy Gdańskiej 1 maja 1946 roku Kolejowy Klub Sportowy, w składzie J. Michalecki, M. Jabłoński, K. Białecki, K. Dulewicz, T. Zawko, W. Kawaler, R. Ejsmond oraz z legendarnym już w naszym mieście Stefanem Marcinkiewiczem, rozegrał swój pierwszy mecz – z żołnierzami z Wojskowego Klubu Sportowego „Mazur”. Wojskowi udzielili niezłej lekcji futbolu „raczkującemu” klubowi wygrywając z „klejarzami” 9:2.

Do lipca 1946 roku udało się udrożnić rzekę i przygotować boisko przy ulicy Sportowej. Stało się to okazją do zorganizowania uroczystego otwarcia tego boiska i rozegrania pierwszego oficjalnego meczu. W przeddzień rocznicy bitwy pod Grunwaldem, ełczanie gościli drużynę KS „Warmia” z Grajewa. Warto przypomnieć, iż pierwszy mecz na ulicy Sportowej był jednocześnie pierwszą oficjalną po wojnie imprezą w naszym mieście. Inauguracja okazała się szczęśliwa dla miejscowej drużyny, która bardzo niegościnnie wygrała z przyjezdnymi 3:0. Autorem wszystkich goli był Stefan Marcinkiewicz.

Stefan Marcinkiewicz był przez następną dekadę jednym z lepszych ełckich piłkarzy. Karierę zakończył w roku 1955, do tego czasu rozegrał ponad 100 ligowych meczów. Po zakończeniu gry nie rozstał się z piłką nożną i rozpoczął pracę trenerską. Przez ponad 10 lat pracował jako trener pierwszej drużyny Mazura Ełk, potem, aż do śmierci w 2003 roku z młodzieżą.

Pod jego wodzą, Mazur zdobył cztery razy Puchar Polski na szczeblu Województwa Białostockiego, a dwa razy uczestniczył w finale. Jego wychowankami było setki ełckich piłkarzy – w tym wielu naprawdę bardzo dobrych. Wystarczy wspomnieć znane w Ełku postacie: A. Remiszewski, A. Zientarski, J. Tetiuk, J. Jackowski, M. Sadowski, A. Walczuk, T. Skorupa, J. Michalczyk, R. Karpowicz, T. Bułakowski, M. Kotarski, T. Kotewski, M. Szymański.

Jeszcze w roku 1946 drużynę Ełczan zgłoszono do oficjalnych rozgrywek piłkarskich. Była to walka o wejście do A-klasy. „Kolejarze” trafili do grupy III razem z dwoma zespołami z Suwak oraz dwiema drużynami wojskowych – wspomnianym już WKS „Mazur”, który utworzony został przy 62 pułku piechoty stacjonującego w Ełku i „Artylerzystą” Ełk, zespołem działającym przy 54 pułku artylerii. KKS Ełk zajął w tej rywalizacji trzecie, premiowane awansem miejsce. Pierwszy sezon A-Klasy piłkarze z Ełku ukończyli na przyzwoitym piątym miejscu.

Zdjęcie: Kolejarz (Mazur) Ełk po zwycięstwie w Mistrzostwach Okręgu Białostockiego w 1954 roku. Stefan Marcinkiewicz trzeci od lewej w górnym rzędzie.

Fot: elk.wm.pl

Historia Proponowane Sport

czb41-600x250Aby w jakiejś dziedzinie sportu przedstawiciele naszego miasta osiągali sukcesy musi zostać spełniony przynajmniej jeden, ale podstawowy warunek.

Musi znaleźć się osoba, zapaleniec – trener, który poza umiejętnościami sportowymi, talentem pedagogicznym, będzie działać z zaraźliwym entuzjazmem. Wówczas o wyniki jego podopiecznych możemy być spokojni.

Ełckie judo miało to szczęście, że na początku historii tej dyscypliny sportu w naszym mieście znalazły się aż dwie takie osoby. To Anatol Adamiuk i Jerzy Ćwiek.

Judo w Ełku zaczęto uprawiać w roku 1979 w klubie MKS Żak. Stało się to za sprawą Anatola Adamiuka. Szkoleniowiec osiągnął znaczne sukcesy szkoleniowe – w szczególności w pracy z kobietami. To właśnie panie jako pierwsze w regionie walczyły o czołowe lokaty Mistrzostw Polski. W 1981 roku Ewa Mudel i Bożena Zakrzewska zajęły punktowane miejsca z zawodach rangi mistrzowskiej.

W roku 1984 „rozwiązał się” medalowy worek dokonań klubu. Pierwszy historyczny medal dla klubu wywalczyła podopieczna Adamiuka – Bożena Misiewicz. Zdobyła brąz na Mistrzostwach Polski Juniorów Młodszych. Dwa lata później objawił się nieprzeciętny talent, być może najlepszej zawodniczki w historii Żaka – Agnieszki Harmuszkiewicz. Na Ogólnopolskich Igrzyskach Młodzieży Szkolnej w wadze do 52 kg nie miała sobie równych, wygrywając zawody bezapelacyjnie.

Zawodniczka ta zdobywała później dwukrotnie brązowe medale Mistrzostw Polski Juniorów (1985 i 1988), a w roku 1989 wywalczyła srebro. Z powodzeniem rywalizowała także na Mistrzostwach Polski Seniorów – m.in. w roku 1989 zajęła 5-6 miejsce. Pod koniec lat 80-tych była w ścisłej czołówce najlepszych seniorek kraju w swojej kategorii wagowej.

Sukcesy Agnieszki Harmuszkiewicz motywowały do pracy inne ełckie zawodniczki, które już pod przewodnictwem trenera Ćwieka zdobywały kolejne medale. W 1989 roku na Mistrzostwach Polski Juniorów brąz wywalczyła Kamila Orłowska, a dwa lata później w dobrym stylu srebro zdobyła Anna Budziejko.

Począwszy od lat 80-tych na krajowych matach zaczęli „straszyć” rywali także panowie. Po medale w mistrzowskich zawodach sięgali wówczas kolejno: Krzysztof Adamczyk, Leszek Mięczkowski, Jarosław Urban i Robert Ramotowski. Na przełomie lat 80-tych i 90-tych zawodnicy Żaka byli jedynymi judokami z regionu, którzy występowali na Mistrzostwach Polski Seniorów. W roku 1994 w wadze do 60 kg świetnie wystartował Maciej Kołowski, któremu zabrakło tylko trochę szczęścia aby odnieść większy sukces – ostatecznie uplasował się na też bardzo dobrym 9 miejscu.

To były tylko początki sukcesów klubu MKS Żak Ełk. Od II połowy lat 90-tych sukcesów i znakomitych występów ełckich judoków tylko przybywało. Obaj zasłużeni pierwsi trenerzy pozostawili po sobie znakomitych wychowanków – szkoleniowców, którzy obecnie tworzą potęgę klubu. Wystarczy prześledzić osiągnięcia chociażby trenerów Jarosława UrbanaPawła Urbana czy Krzysztofa Sosnowskiego.

Co teraz w tym zasłużonym i coraz lepszym klubie słychać? Zachęcam do odwiedzenia strony internetowej i Facebook-owej klubu MKS Żak Ełk.

Fot: http://judoelk.pl/

Historia Proponowane Sport

1969r. II liga KKS Mazur Ełk.W 1969 roku sekcja bokserska Mazura Ełk zajęła pierwsze miejsce w III grupie rozgrywek o wejście do II ligi i wywalczyła awans.

Kim byli Ełczanie, którzy zapracowali na ten sukces? Oto sylwetki niektorych z nich odtworzone ze wspomnień ich młodszych kolegów.

Pierwszy od lewej strony – Jerzy Andrearczyk – „Anders”. Człowiek, o którym niestety niewielu dziś pamięta, a szkoda, bo był bardzo wartościowym człowiekiem i kiedyś zawodnikiem. To on zauważył bardzo młodego, ale czupurnego i nad wyraz odważnego chłopca Antoniego Pieczychlebka, jednego z najbardziej utalentowanych pięściarzy w historii Mazura Ełk.

Rodzina Pieczychlebków mieszkała w bloku wojskowym przy ulicy Mickiewicza 28. Jerzy Andrearczyk bardzo dobrze znał się z ojcem rodziny. Ojciec Antoniego Pieczychlebka pracował jako Komendant Wojskowej Komendy Rezerw (WKR – socjalistycznie, wojskowo i po rosyjsku, nazywało się „Wajennaja Komiendierowka Rozwiedki”). Przybył do Ełku z Warszawy. Był bardzo dobrym pięściarzem.  Zaraz po wojnie był mistrzem wagi ciężkiej lub półciężkiej okręgu warszawskiego. Jerzy Andrearczyk bardzo lubił młodego Antoniego i jako nagrodę przyprowadził go na klubową halę bokserską.

Pierwszym trenerem Pieczychlebka był Edward Lermer. Człowiek bardzo oddany pięściarstwu. Był on jednym z tych osób (obok Henryka Śliwy, Zenona Świstówa, Józefa Pajko i pana Cygankiewicza), których upór i konsekwencja w działaniu doprowadziły do powstania oraz ogromnej popularności sekcji bokserskiej w Ełku. Trener Lermer był później trenerem młodzieżowej kadry Polski. Niektórzy nazywali go ojcem wszystkich bokserów, bo to on kształtował wielu utalentowanych chłopców, późniejszych świetnych zawodników. Jego grupy były prawdziwymi kuźniami talentów.

Jak wspomina Antoni Pieczychlebek, który kilka lat później trafił pod opiekę Lermera w młodzieżowej kadrze Polski: Tam dostawało sie baty, nie było „zlituj się”, kto był mięczakiem odpadał. Zostawali najsilniejsi i najwytrwalsi. Te młode talenty były dodatkowo „szlifowane” przez starszych o wiele lat zawodników. Walki z nimi to były prawdziwe „szkoły przetrwania”. Jak się człowiek spisał to dostawał przywilej noszenia za nimi torby lub trampek (piszę „trampki”, ponieważ nikogo nie było wtedy stać na prawdziwe bokserskie buty).

I ojciec Antoniego Pieczychlebka i Jerzy Andrearczyk świetnie znali Henryka Śliwę. Był to wielki człowiek jak na tamte czasy. Pracował w wojskowym pionie tzw. WSW – inaczej wojskowej policji, ale głęboko zakorzenionej w wywiadzie. Wiedział więc prawie wszystko o wszystkich i wszystkim, i wykorzystywał tę wiedzę, aby pomagać bokserom. Boks był jego największą życiową miłością, a jako, że stały przed nim otworem drzwi każdej instytucji, każdego domu i urzędu zrobił dla tego sportu tak dużo jak nikt przed nim i chyba po nim. Henryk Śliwa nie tylko wspierał organizacyjnie sekcję Mazura, ale także sam jeździł po całym okolicznym terenie i wyszukiwał talenty do drużyny po nawet najmniejszych miejscowowościach regionu.

Henryk Śliwa wypatrzył m.in. utalentowanego Tadeusza Magretę. W 1970 roku był on obiecującym juniorem ŁKS Łomża. Bardzo zabiegała o tego młodego zawodnika Gwardia Białystok, ale jako że Mazur Ełk awansował do II ligi i był perspektywicznym klubem wybrał Ełk. W pierwszej rundzie II-giej ligi jeszcze nie boksował. Trwały bowiem formalności z jego przejściem do Mazura z ŁKS. Warto przypomnieć, iż w tym czasie był ciągle uczniem II klasy Technikum Przemysłowo-Pedagogicznego w Łomży, które ukończył dopiero w 1972 roku. Jako uczeń szkoły średniej musiał więc pogodzić naukę w Łomży z reprezentowaniem ełckiego Mazura.

Andrzej Tekielski – wielki jak niedźwiedź. Budził respekt u wszystkich, nie tylko u rywali w ringu, ale w gruncie rzeczy był łagodnym człowiekiem i trzeba było dużo się namęczyć, aby go porządnie rozgniewać.

Warto przypomnieć rodzinę Sapieszków. Antonii Pieczychlebek wspomina o nich nazywając ich wielkoludami o potężnie ukrytej sile … i to całą rodzinę. Głównym jej „motorem” była siostra pięściarzy Mazura – Ryszarda i Marka. Pierwszy do klubu trafił Ryszard, najstarszy z rodzeństwa, dopiero później przyszła kolej na nieżyjącego już niestety Marka.

Tadek Zielepucha wielki pięściarski „młotek” i „zabójca”. Kiedy już fachowo uderzył, dobrze trafił, przeciwnik rzadko był w stanie utrzymać się na nogach. W pamięci Ełczan pozostały jego słynne już walki z zawodnikiem o nazwisku Modzelewski i jego udział w niespotykanie zawziętych pojedynkach Mazura z białostockimi Gwardzistami. Niestety ten znakomity zawodnik zmarł nagle w 2012 roku.

Marek Nowak – osiłek, silny jak tur … ale o spokojnym, zrównoważonym charakterze. Człowiek bardzo przyjacielski i uczynny. Niezwykle pewny punkt zespołu podczas walk o ligowe punkty. To głównie z nim o miejsce w drużynie rywalizował Tadeusz Magreta.

Waldemar Czemiel – niesamowity technik. Zawsze spokojnie punktował przeciwników. „Dziobał” rywali swoim niezwykle skutecznym lewym, wykańczając w ten sposób swoich przeciwników. Był szybki jak pantera, a przy tym znakomity „klinczer” – sędzia nigdy go nie zauważał … Później do drużyny dołączył jego brat – Marian.

Jan Żylinski – bardzo dla ełckiego boksu zasłużona postać. Ambitny aż do przesady – zawsze zaangażowany w to co robił w 100 proc. Zdobywał punkty niezwykłą szybkością zadawanych ciosów i zadziwiającą umiejętnością uników. Nikt nie dysponował taką techniką odskoków, zejścia z linii ciosu. Jan Żyliński stoczył wiele pojedynków z Tadeuszem Magretą. Wiele razy krzyżowali rękawice i na sparingach, i podczas walk w ringu … jak i w dalszej drodze działania klubu Mazur Ełk.

Ryszard Dargiewicz „Barabasza” – człowiek historia. Legendarnie nieznośny dla przeciwników w ringu. Nie było drugiego takiego mistrza w zwarciach, przytrzymywaniu, meczeniu przeciwnika. Często trenował z młodszymi zawodnikami, uczył ich sztuki walki w ringu. Pokazywał jak nie dopuścić rywala do siebie jednocześnie punktując jego nieostrożność i nadmiernie „wysunięte czoło”. Był przez to bardzo lubiany. Okazał się znakomity w prowadzeniu najmłodszych kadr, nic więc dziwnego, że pozyskała go Gwardia Białystok.

Zdjęcie z hali KKS MazurJózef Kuderski „Dziuniek” – chyba nie miał godnego przeciwnika dopóki w klubie nie pojawił się Antonii Pieczychlebek. Pierwszy raz zmierzyli się na podczas mistrzostw – chyba związków zawodowych – przed własną, ełcką publicznością. Walka była zacięta.

Byłem bardzo dobrze przygotowany – opowiada Pieczychlebek – przyjechałem z obozu z Cetniewa, gdzie Papa – Feliks Stamm i jego pomocnicy dbali o nasza formę. Widziałem na filmach walki Józka, pokazywano je nam na zgrupowaniu w formie przykładów dobrego boksu. Jako, że znałem go osobiście, znaliśmy się jak „dwa łyse konie”, byłem dumny z Józka.

Tamten pojedynek przegrałem. Dziuniek był wówczas mistrzem, nawet sędziowie patrzyli na niego z podziwem, jak na kogoś wielkiego … To był dobry pojedynek, publiczność była zadowolona, gwizdała bez opamiętania. Zakończył się stosunkiem głosów: dwa do remisu na korzyść Józia. Mimo porażki schodziłem z ringu w glorii chwały … zdałem ten egzamin, przede wszystkim przed samym sobą, ale też przed publicznością … zostałem zaakceptowany i zaczęło sie mówić o mnie jako o dużej sportowej nadziei na przyszłość. Widziano we mnie następcę Józefa Kuderskiego w drużynie … to samo w sobie było wielkim wyróżnieniem.

Antonii Pieczychlebek wspomina, że wiele nauczył się podpatrując Kuderskiego – gdy walczył, naśladując go na treningach i dostając „lekcje boksu” podczas wspólnych, bratobójczych walk. Znawcy pięściarstwa byli pod wielkim wrażeniem szybkich postępów Pieczychlebka, jednocześnie podkreślając, że to duża zasługa tego, że „chłopak” miał najlepszego z możliwych współzawodników w klubie. Jeśli wygrywał Kuderski, to jak podkreślano tylko dzięki większemu doświadczeniu w ringu.

Niedługo po pierwszej walce spotkaliśmy sie kolejny raz – wspomina dalej Pieczychlebek – tym razem na neutralnym ringu w Czarnej Białostockiej. To był rok 1975 – Mistrzostwa Województwa Białostockiego. Byłem już wówczas seniorem. W półfinale pokonałem faworyzowanego Michała Nosa. To było duże zaskoczenie, nikt na mnie nie stawiał. Prasa, reporterzy i redaktorzy prześcigali się, wróżyli i spekulowali jak potoczy się kolejny wielki pojedynek dwóch najlepszych w tej wadze pięściarzy białostocczyzny. Potencjalny finał Józef Kuderski – Mazur Ełk kontra Michał Nos – Gwardia Białystok do „czerwoności” rozpalał bowiem emocje kibiców naszego województwa.

Jednakże w wadze piórkowej, to my stanęliśmy do bratobójczej walki. Józek otrzymał w półfinale wolny los, odpoczywał … wiec finał był zupełnie inny. Ach co sie działo! Cios za cios, przekleństwa Józka podczas walki, technika połączona z doświadczeniem … ale cała kocówka trzeciej rundy była moja … Czułem, wiedziałem ze tym razem jestem lepszy. Wygrałem, a naszą walkę oceniono jako najlepszą w całych mistrzostwach. Na tych mistrzostwach nie łatwo się wygrywało. Decydowało o tym wiele czynników. Nie tylko umiejętności, forma sportowa, doświadczenie … niestety bardzo często też niesprawiedliwe sędziowanie.

Józef Kuderski był zawsze bardzo trudnym rywalem dla wszystkich przeciwników. Nieprzejednany w ringu, nigdy nie dopuszczał do siebie myśli, że może przegrać walkę. Zawsze walczył do końca, do „upadłego”. Ełcka publiczność m.in. za to bardzo doceniała i lubiła „Dziuńka”.

W roku 1969 w drużynie Mazura Ełk występowali i walczyli o punkty w meczach ligowych: Andrzej Tekielski, Tadeusz Zielepucha, Tadeusz Bubienko, Marek Nowak, Jan Żyliński, Antoni Dobrenko, Ryszard Dargiewicz, Józef Kuderski, Janusz Bubieńczyk, Waldemar Czemiel, Stanisław Woronko, Antonii Smoliński, Kmita, Stanisław Kalinowski, Zenon Zamajtys.

Trenerem zespołu był wówczas Kazimierz Chojnowski, a kierownikiem sekcji Henryk Śliwa.

Opr. na podstawie wspomnień Antoniego Pieczychlebka i Tadeusza Magrety.

Fot: prywatne archiwum Tadeusza Magrety

Ludzie Proponowane Sport

p-ock 500m .2009Idąc na pierwszy trening wioślarski myślałeś, marzyłeś, o tym, że może kiedyś wystąpisz na Olimpiadzie?

Sebastian Kosiorek: Szczerze, to wówczas nawet chyba dobrze nie zdawałem sobie sprawy czym są Igrzyska … a co dopiero wystąpić na nich. Tak naprawdę poszedłem na trening z jednego powodu – pozazdrościłem wyników swemu ciotecznemu bratu. Mariusz Daniszewski – bo jego mam na myśli – zapisał się na „wiosła” tylko kilka lat wcześniej i szybko zaczął odnosić znaczące sukcesy. Pomyślałem sobie: „ja też tak chcę, może i ja dam radę”.

Jak zareagowałeś na wiadomość, że będziesz reprezentować barwy narodowe na Olimpiadzie? W jakich okolicznościach trafiłeś do kadry?

S.K.: Muszę przyznać, iż miałem trochę szczęścia. W lipcu 2003 roku przebywałem na zgrupowaniu w Wałczu z grupą młodzieżową. Tam również trenowali starsi koledzy – seniorzy. Któregoś dnia podszedł do nas ich trener i powiedział, że z pierwszej ósemki „wypadło” dwóch zawodników. Przesiedli się do dwójki. Zwolniły się w ten sposób miejsca, które dla płynności treningów trzeba było szybko zapełnić. Nie było nikogo poza nami, więc zmuszony był wziąć kogoś z młodzieżówki. Padło na mnie i na mojego kolegę – Bartosza Szczyrbę. Na treningach „poszło” bardzo dobrze, więc zaproponowano nam wspólny start w zawodach.

Nasz pierwszy start odbył się w Szwajcarii na torach w Lucernie. Reprezentowaliśmy barwy narodowe w Pucharze Świata. Średnio nam „poszło” – zajęliśmy 11 miejsce. Niemniej nasz trener stwierdził, że mimo słabego wyniku, to występ można uznać za obiecujący. W półfinale zabrakło nam dosłownie setne sekundy, aby awansować do czołówki, który pozwala myśleć o uzyskaniu kwalifikacji do Igrzysk Olimpijskich w Atenach.

Niedługo potem, również w Lucernie odbyły się kwalifikacje olimpijskie i udało się … pamiętam, że strasznie to przezywałem, nie spałem całą noc i jak najszybciej chciałem znaleźć się w domu z rodziną. Chyba wówczas nie docierało jeszcze do mnie, że pojadę na Igrzyska.

Jakie miałeś oczekiwania w związku ze swoimi startami? Liczyłeś na medal?

S.K.: W 2004 roku w Atenach mieliśmy zdobyć doświadczenie – byliśmy najmłodszą ósemką na Igrzyskach. O medal mieliśmy walczyć cztery lata później, na następnej Olimpiadzie. Niestety mimo chęci i determinacji w Pekinie też się nie udało.

Uważasz, że starty były rozczarowaniem, czy jesteś z nich zadowolony? Jakie miałeś oczekiwania? Była szansa na lepszy wynik?

S.K.: Zawsze po fakcie człowiek analizuje i doszukuje się błędów, przyczyn słabszego startu. Złota nie zdobyliśmy, medalu innego też nie, więc oczywiście mogłoby być lepiej. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że sukces na Igrzyskach Olimpijskich to efekt wielu czynników – niezwykle ciężkiej pracy i to nie przez jeden rok treningów, a przez wszystkie lata spędzone razem w załodze. To umiejętność dojścia do najwyższej formy sportowej całej, bardzo licznej załogi. To mnóstwo innych szczegółów, które wpływają na sam start.

Pamiętajmy, iż na Olimpiadzie startuje się wśród najlepszych na świecie, którzy także ciężko pracują na swój wynik. Jestem zdania, że sam fakt dostania się do tego elitarnego sportowego grona jest powodem do dumy.

Jak wyglądał pierwszy dzień na Olimpiadzie?

S.K.: W sumie dzień jak na każdych innych zawodach … tyle, że jest zdecydowanie więcej przeróżnych kontroli. Przed przyjazdem do wioski olimpijskiej mieliśmy jasny, rygorystyczny  harmonogram dnia: zakwaterować się, odpoczynek, wyjazd na tor, przygotowanie sprzętu oraz ewentualne zejście na wodę. Wszystko niemal z dokładnością do jednej minuty.

Co zrobiło na Tobie wrażenie?

S.K.: Wszystko, począwszy od samej wioski olimpijskiej, poprzez fantastycznych ludzi, kończąc na stołówce na 10 tys. osób.

Na Olimpiadzie „trzymałem sztamę” z …

S.K.: Ze wszystkimi, z każdym kogo spotkałem – jedna wielka rodzina.

Jaki start w Twojej karierze utkwił ci najbardziej w pamięci?

S.K.: Kwalifikacje olimpijskie do Aten 2004. Nigdy w życiu tak się nie denerwowałem, jak przed i w trakcie startu. Wydaje mi się, że nigdy potem już nie było w nas takiej determinacji, pragnienia i chęci do walki jak wówczas. Byliśmy młodzi, gniewni i „głodni” sukcesu.

Życie sportowca jest piękne i kolorowe – prawda czy fałsz?

S.K.: Piękne, bo jak organizacyjnie jest wszystko dopięte, to jedyne co cię interesuje to wiosłowanie. O nic się nie trzeba martwić, wszystko masz pod nos położone, posprzątane, ugotowane. Życie sportowca jest jak najbardziej kolorowe gdy popatrzymy przez pryzmat startów na torach regatowych w różnych częściach świata. Każdy wyjazd na zawody, wiąże się z poznawaniem naprawdę przepięknych miejsc. Jednak aby dojść do „pięknego i kolorowego”, na co dzień trzeba wylać hektolitry potu, wierzyć w to co się robić i umieć opanować chwile zwątpienia w to co się robi, bo niestety one zawsze przychodzą.

Gdyby położono na szali medal mistrzostw Polski i występ na Olimpiadzie co byś wybrał na początku kariery?

S.K.: Igrzyska Olimpijskie bez zastanowienia.

Jaka jest według Ciebie recepta na sukces?        

S.K.: Jest bardzo prosta. Trzeba być wytrwałym w tym co się robi.

Możesz zdradzić swoje tajniki motywowania się przed startem?

S.K.: Przez wiele lat treningów w kadrze współpracowaliśmy z psychologiem sportowym, który pomagał nam rozładowywać stres przed startem jak i również pokazywał sposoby motywacji. Dla mnie osobiście najbardziej pomagało słuchanie muzyki. To zawsze wyciszało emocje związane ze startem.

Czy ełckie wioślarstwo będzie kiedyś potęgą?

S.K.: Myślę, że nie jest to najważniejsze. Prezes klubu, w którym startowałem, Zygfryd Żurawski często powtarzał, że wyniki go niezwykle cieszą, ale najbardziej dumny jest z zawodników, którzy ciężko na co dzień trenując kończą studia i wychodzą na ludzi. Wiedział co mówi, Lotto RTW Bydgostia to od ponad 20 lat najlepszy klub wioślarski w Polsce, bez przerwy wygrywający punktację drużynową. Sukcesy tego klubu wynikają nie tylko z ciężkiej pracy na treningach, ale też z mądrego podejścia do wszechstronnego rozwoju młodych ludzi startujących w klubie.

Dlatego myślę, że najważniejsze, abyśmy w Ełku umiejętnie kształtowali młodych ludzi. Poprzez sport niech nauczą się wybierać odpowiednie cele w życiu, niech marzą i konsekwentnie realizują swoje marzenia. Niech nauczą się tego co naprawdę w życiu jest ważne.

Aktualnie trenujesz młodzież w Międzyszkolnym Ośrodku Sportowym w Ełku. Jak Ci idzie?

S.K.: Tak, pracuję jako instruktor wioślarstwa w MOS-ie. Muszę przyznać, iż mam naprawdę wielką satysfakcję z faktu, że dzieciaki przychodzą regularnie i z chęcią na moje zajęcia. Jeżeli ktoś systematycznie i z przekonaniem trenuje to jest duża szansa, że prędzej czy później osiągnie dobre wyniki. Co do konkretów, to w ubiegłym roku najcenniejsze wyniki osiągnęliśmy na Mistrzostwach Polski Młodzików. Adam Sinocha zdobył złoty medal w kategorii jedynek, a w dwójce podwójnej Klaudia Pankratiew – Olga Szczawińska wywalczyły brązowy medal.

Ludzie Proponowane Sport

Mazur EłkPrawdziwy fan sportu nie tylko podąża za swoją drużyną lub zawodnikiem, którym kibicuje, ale także miłuje się we wszelkiego rodzaju statystykach, zestawieniach i tabelkach.

Statystyki zachowują dla historii to, co w sporcie jest równie ważne jak emocje związane z rywalizacją. Oddają prawdziwe osiągnięcia drużyn i zawodników. W ludzkiej pamięci pozostają zazwyczaj tylko mistrzowie, zdarza się jednych, ale ważnych zawodów. Niestety czasami „uciekają” nam z pamięci ci, którym co prawda nie udało się zdobyć tytułu, ale swoją piękną karierą udowadniali, że zawsze byli wśród najlepszych, a jedynie brakowało im trochę szczęścia w kluczowych momentach kariery.

Statystyki pamiętają o wszystkich zawodnikach. Warto zatem pokazać choć jeden rok ełckiego boksu w statystykach. To rok 1971. Jeden z lepszych okresów w historii KS „Mazur” Ełk.

Według nieoficjalnego okręgowego challenge bokserów Białostocczyzny najlepszym pięściarzem województwa w tym roku był Ryszard Krzywosz (380 pkt. w zestawieniu). Nie jest to dziwne zważywszy na zdobyty w tym roku tytuł mistrza Polski seniorów w wadze półśredniej. Warto przypomnieć, że dzięki wspaniałym sportowym osiągnięciom początku lat siedemdziesiątych, został on wyróżniony tytułem najlepszego sportowca białostocczyzny w roku 1972.

W zestawieniu znaleźli się także i inni ełczanie. 4 m-ce zajął Marek Sapieszko (255 pkt.), 5 m-ce Józef Kuderski (245 pkt.). W pierwszej dziesiątce znalazł się jeszcze Henryk Szumski (7) i Ryszard Gręś (9).

Świetnie ełczanom szło w rozgrywkach ligowych. W sezonie 1970/71 drużyna Mazura była do ostatniej ligowej kolejki rewelacyjnym liderem swojej grupy i dopiero ostatni, przegrany mecz ze Stoczniowcem w Gdańsku, zepchnął ełcką drużynę na drugie, ale przecież również znakomite miejsce – choć niestety nie premiowane awansem do pierwszej ligi.

W roku 1971 ełczanie walczyli w 100 ligowych. 51 walk wygrali, 6 zakończyło się remisem. Gorycz porażki „przełknięto” po 43 walkach. Pełne trzy rundy widzowie mogli oglądać jedynie w 49 walkach. 14 zakończyło się walkowerem – reszta przed czasem. Najwięcej punktów dla ełckiej drużyny – 14, zdobył Józef Kuderski, który walcząc w ośmiu walkach tylko raz dał się pokonać. Prawie tak samo skuteczni byli: Ryszard Krzywosz i Henryk Szumski (14 pkt. w 9 walkach). Niezwykle waleczni i efektywni okazali się również Marek Sapieszko (6 wygranych i jeden remis) oraz Tadeusz Magreta (w 5 walkach tylko raz uznał „wyższość” przeciwnika).

Warto wymienić także, że w roku 1971 o mistrzostwo II ligi z powodzeniem walczyli: Żyliński, Grygorczuk, Rybaczonek, Gręś, Kalinowski, Biernacik, Zamajtys, Zielepucha, Smoliński, Dargiewicz i wielu innych.

Za wyniki osiągnięte w 1971 roku Polski Związek Bokserski nadał niektórym ełckim zawodnikom klasy bokserskie. Klasę mistrzowską krajową otrzymał Ryszard Krzywosz. Klasy pierwsze: Marek Sapieszko, Józef Kuderski, Tadeusz Zielepucha, Tadeusz Magreta, Ryszard Gręś, Henryk Szumski, a także Grygorczyk i Kalinowski.

Na zdjęciu zawodnicy KKS „Mazur” Ełk przed występem w meczu o Mistrzostwo II -giej ligi w hali sportowej przy ul. Kościuszki, m.in: Tadeusz Biryło, Leszek Krasowski, Jan Żyliński, Tadeusz Magreta, Tadeusz Zielepucha. Kto jeszcze? Czekam na informacje.

Fot. i informacje z prywatnych zbiorów Tadeusza Magrety

Sport