Kategoria: Ludzie

Basia FiedorukW rankingu Perspektyw wasze Technikum nr 2 zajęło bardzo dobre drugie miejsce w województwie warmińsko-mazurskim. Wasza szkoła jest taka mocna, czy edukacja w województwie jest taka słaba?

Barbara Fiedoruk: Oczywiście, że nasza szkoła jest dobra. Co więcej, jest najlepsza w kosmosie. A tak poważnie, drugie miejsce to efekt pracy zarówno nauczycieli, jak i uczniów. Jest to lokata, na którą pracowaliśmy wiele lat. Złożyły się na nią zarówno sukcesy pojedynczych uczniów – finalistów olimpiady wiedzy i umiejętności budowlanych – ich liczba od kilku lat systematycznie zwiększała się – jak również stuprocentowa zdawalność egzaminów zewnętrznych – matury i egzaminu potwierdzającego kwalifikacje zawodowe.

Skoro uczycie zawodu na tak wysokim poziomie, to nie żal wam, że już wkrótce w Zespole Szkół nr 2 nie będzie Technikum?

B.F.: Pewnie, że żal. To nie była nasza decyzja, to nie szkoła prowadzi politykę oświatową na terenie powiatu ełckiego. Myślę, że decyzje dotyczące ubranżawiania szkół podjęte przez Zarząd Powiatu Ełckiego, chociażby z tego powodu, że są bardzo niepopularne, są głęboko przemyślane i w efekcie mają na celu tylko i wyłącznie dobro edukacji w powiecie.

Kiedy liceum ogólnokształcące będzie tak wysoko w rankingach? Jakie warunki trzeba do tego spełnić? Jaka jest recepta na stworzenie naprawdę dobrej szkoły?

B.F.: To trudne pytania. Kiedy? Nie wiem. Jakie warunki? Jaka recepta? Myślę, że praca, praca i jeszcze raz praca. Rankingi nie są i nie mogą być celem pracy szkoły. Jeżeli przy okazji uda się w nich zaistnieć – super. Codzienność to oczywiście przygotowywanie, albo może lepiej pomoc w przygotowywaniu młodych ludzi do dorosłego życia, czyli do matury, do studiów, a później do pracy. Proszę zwrócić uwagę, że szkoły, które co roku utrzymują się na czołowych miejscach we wspomnianych rankingach, to szkoły z ogromną tradycją, historią. Szkoły na swoje sukcesy pracują latami.

Nasze II Liceum Ogólnokształcące w Zespole Szkół nr 2 im. K. K. Baczyńskiego w Ełku to szkoła, która powstała na początku lat dziewięćdziesiątych także patrząc na wiek dopiero „wchodzimy w dorosłość”. Staramy się rzetelnie wykonywać swoją pracę, zarówno codzienną, podczas tych „zwykłych” lekcji, jak i tę wynikającą z pracy z uczniami zdolnymi, których, co nas bardzo cieszy, jest coraz więcej . W związku z tym mamy nadzieję również na te bardziej spektakularne sukcesy.

Analizując ubiegłoroczny nabór do szkół ponadgimnazjalnych w Ełku można stwierdzić, iż gimnazjaliści dosłownie „bili się” o to, aby uczyć się w waszym liceum. Jaka jest tego tajemnica?

B.F.: Bardzo się cieszymy, że tak wielu młodych ludzi oraz ich rodziców zechciało nam w ubiegłym roku zaufać. Mam nadzieję, że się nie zawiedli. A tajemnica?  Myślę, że tkwi w codziennej pracy zarówno nauczycieli jak i uczniów, ich rodziców. Pracy nie tylko na lekcjach, ale również po zajęciach, kiedy staramy się  stwarzać możliwości rozwijania pasji i zainteresowań młodym ludziom.

Czy w nowym roku szkolnym zamierzacie zaskoczyć nowymi pomysłami edukacyjnymi  środowisko nauczycielskie?

B.F.: A, to się okaże. Gdybym teraz zdradziła nasze zamiary, nie mogłyby być one zaskoczeniem dla nikogo.

Każda szkoła posiada swoją „specyfikę”, niektórzy mówią nawet „duszę”. Czym charakteryzuje się ZS nr 2?

B.F.: Na pewno otwartością na ucznia, jego potrzeby i często na jego problemy. Młodzi ludzie mówią o przyjaznej atmosferze, która panuje w naszej szkole. Jednocześnie przez cały czas pamiętamy o podstawowym zadaniu szkoły ponadgimnazjalnej, czyli rzetelnym przygotowaniu do matury, do studiów, do dorosłego życia, ale w warunkach sprzyjających i tworzących przyjazną, otwartą atmosferę.

Wasza oferta dla ełckiego gimnazjalisty jest dość obszerna, ale konkurencja też ma swoje pomysły i atuty. Co zamierzacie zmienić lub co nowego wprowadzić, aby w br. utrzymać wysokie zainteresowanie Waszą szkołą?

B.F.: Jesteśmy w trakcie opracowywania oferty edukacyjnej. Mam nadzieję, że gimnazjaliści i ich rodzice również w tym roku postrzegać ją będą jako atrakcyjną. Już niedługo będzie można się z nią zapoznać na stronie szkoły www.zs2.elk.pl.

Czy macie plany rozwoju oferty programowej w kilku najbliższych lat, czy też może „szyjecie” na bieżąco?

B.F.: Już jakiś czas temu nauczyciele wspólnie z uczniami i ich rodzicami opracowali koncepcję pracy szkoły, która przez cały czas może być i jest modyfikowana. W czasach, gdy życie pędzi nie można stanąć w miejscu i się nie zmieniać. Zmieniają się wymagania pracodawców, zmieniają się wymagania uczelni, my musimy za tymi zmianami podążać.

Co oprócz zwykłych lekcji ma do zaproponowania uczniom pani szkoła?

B.F.: Wszelkiego rodzaju zajęcia przedmiotowe – zarówno wyrównujące jak i rozszerzające wiedzę. Głównym celem, a jednocześnie finiszem i metą trzech lat pracy jest egzamin maturalny i w zdecydowanej większości zajęcia te mają na celu przygotowanie do egzaminu maturalnego, tak w zakresie podstawowym, jak i rozszerzonym. Oprócz zajęć typowo przedmiotowych odbywa się w szkole szereg zajęć sportowych oraz staramy się stwarzać możliwości rozwoju pasji i zainteresowań uczniów.

Jak w każdej szkole działa i u nas Samorząd Uczniowski – i to działa bardzo prężnie – jest on w wielu przypadkach inicjatorem przedsięwzięć, które są jednorazowe, typu koncerty charytatywne, festyny. Bardzo fajnym przedsięwzięciem angażującym zarówno nauczycieli jak i uczniów, było nakręcenie filmu reklamowego szkoły. Jak widać był to trafiony pomysł – film się podobał i z tego co wiem, podoba nadal, a był też inspiracją dla innych szkół ełckich w ich promowaniu.

Niektóre przedsięwzięcia proponowane przez Samorząd Uczniowski powtarzane są wielokrotnie, np. Dzień Samorządności, odwiedziny Pogotowia Literackiego na oddziale dziecięcym szpitala miejskiego – w roku 2013 odwiedziliśmy również dzieci w sąsiadującej z nami Szkole Podstawowej nr 3 przybliżając im poezję Juliana Tuwima – pomoc w organizacji okolicznościowych apeli z okazji świąt narodowych, organizacja wigilii klasowych …

Oprócz Samorządu Szkolnego młodzież może wykazać się swoimi talentami w chórze szkolnym, w radio Bayer FM, które odwiedzamy już kilka dobrych lat w ramach projektu „Szkoła na antenie”, w Szkolnym Kole Caritas, w Klubie Europejskim, w kole dziennikarskim, fotograficznym, informatycznym, historycznym… Zajęcia co roku staramy dostosowywać do potrzeb uczniów.

Absolwent Waszej szkoły najlepiej radzi sobie na studiach …? Inaczej mówiąc czy macie jakieś priorytety kształcenia pod kątem konkretnego rodzaju studiów?

B.F.: Absolwenci naszej szkoły studiują na wielu i to najprzeróżniejszych kierunkach studiów nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Nie nastawiamy się na kierowanie losami uczniów naszej szkoły, staramy się stwarzać im możliwości rozwoju w kierunkach przez nich wybranych. Cieszą nas ich sukcesy.

Załóżmy hipotetyczną, bajkową sytuację, że budżet szkoły jest nieograniczony. W przyszłym roku inwestuje pani w …? A w najbliższych latach w …?

B.F.: Oczywiście przede wszystkim w bazę szkoły. Najpierw w skończenie remontów i doposażenie szkoły w nowoczesne pomoce naukowe, w laboratorium językowe, chemiczne, biologiczne i fizyczne, w edukacyjne programy komputerowe, w sprzęt, który pozwalałby je wykorzystywać. Pamiętać należy również o rozwijaniu pasji i zainteresowań młodych ludzi, czyli wszelkiego rodzaju zajęcia pozwalające na to: koła zainteresowań, zajęcia sportowe, ale także wspierające tych, którzy gdzieś się pogubią i potrzebują pomocy.

A w przyszłości? Może korty za szkołą zamiast asfaltowego boiska? Może wprowadzenie przynajmniej w części zajęć lekcji po angielsku, rosyjsku, niemiecku, francusku…?

Czy zgodzi się pani z, wydaje się, powszechnym argumentem, że poziom wiedzy wśród młodzieży jest coraz niższy?

B.F.: Na pewno na przełomie ostatnich lat poziom wiedzy młodzieży przychodzącej do szkoły ponadgimnazjalnej zmienia się, ale wynika to z realizacji podstawy programowej w gimnazjach, która również w ostatnich latach się zmieniała. Jestem przekonana, że osoby głoszące poglądy o niskim poziomie wiedzy i umiejętności młodzieży nie opierają tego na analizie osiągnięć absolwentów gimnazjów, a na porównaniu z własnymi wyobrażeniami o nich lub często jeszcze na porównaniu z absolwentami „starych podstawówek”. Ja osobiście takiego poglądu nie podzielam. Uważam, że młodzi ludzie reprezentują taki poziom wiedzy i umiejętności, w jaki my dorośli je wyposażamy – często opierając się na takich lub innych dokumentach, obierając pewne priorytety.

Programy nauczania są przeładowane, czy wręcz przeciwnie, warto, aby uczniowie zdobywali jeszcze szerszą wiedzę?

B.F.: Programy nauczania muszą zawierać podstawę programową oraz muszą być dostosowane do możliwości i potrzeb uczniów. Także w dużej mierze ich zawartość zależy od nauczycieli i uczniów, z którymi pracują. Myślę, że wielką wartością jest wykształcenie, ale rynek pracy uczy nas, że chyba jeszcze większą jest umiejętność przekwalifikowywania się, czyli umiejętność uczenia się przez całe życie, co stanowi jedną z kompetencji kluczowych zapisanych w podstawie programowej. W związku z tym bardzo trudno jest znaleźć „złoty środek” między tym, ile trzeba umieć już, teraz, a ile można zostawić na „douczenie się na potrzebę” chwili, przedsięwzięcia… Wydaje się, że pewien zasób takiej „twardej wiedzy” każdy z nas musi posiadać, a ile? Tyle, żeby móc realizować swoje plany, żeby móc wykształcić  pożądane umiejętności.

Słyszy się czasem w mediach, że młodzi nauczyciele chcący wejść do zawodu, mają obecnie „pod górkę” i z dużym trudem znajdują zatrudnienie. Potwierdzi pani to stwierdzenie?

B.F.: Czy „pod górkę”? Nie wiem. Na pewno w związku z niżem demograficznym zmniejsza się liczba uczniów w szkołach, pociąga za sobą to radykalne zmniejszenie liczby oddziałów. W szkołach ponadgimnazjalnych od 1 września 2012 roku wprowadzono nowe ramowe plany nauczania, w których jest zdecydowanie mniej godzin z przedmiotów realizowanych w zakresie podstawowym. Myślę, że są to podstawowe dwa powody, przez które młodym nauczycielom trudno jest znaleźć zatrudnienie w szkołach. Nie bez znaczenia są również zmiany w przepisach dotyczące możliwości przejścia na emeryturę.

Ile prawdy jest w stwierdzeniu, że złego nauczyciela nie można pozbyć się ze szkoły?

B.F.: Nie wiem, nigdy nie próbowałam. W Zespole Szkół nr 2 im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego w Ełku złych nauczycieli nie ma.

Fot: Barbara Fiedoruk – dyr. Zespołu Szkół nr 2 w Ełku

Ludzie Szkoła

1969r. II liga KKS Mazur Ełk.W 1969 roku sekcja bokserska Mazura Ełk zajęła pierwsze miejsce w III grupie rozgrywek o wejście do II ligi i wywalczyła awans.

Kim byli Ełczanie, którzy zapracowali na ten sukces? Oto sylwetki niektorych z nich odtworzone ze wspomnień ich młodszych kolegów.

Pierwszy od lewej strony – Jerzy Andrearczyk – „Anders”. Człowiek, o którym niestety niewielu dziś pamięta, a szkoda, bo był bardzo wartościowym człowiekiem i kiedyś zawodnikiem. To on zauważył bardzo młodego, ale czupurnego i nad wyraz odważnego chłopca Antoniego Pieczychlebka, jednego z najbardziej utalentowanych pięściarzy w historii Mazura Ełk.

Rodzina Pieczychlebków mieszkała w bloku wojskowym przy ulicy Mickiewicza 28. Jerzy Andrearczyk bardzo dobrze znał się z ojcem rodziny. Ojciec Antoniego Pieczychlebka pracował jako Komendant Wojskowej Komendy Rezerw (WKR – socjalistycznie, wojskowo i po rosyjsku, nazywało się „Wajennaja Komiendierowka Rozwiedki”). Przybył do Ełku z Warszawy. Był bardzo dobrym pięściarzem.  Zaraz po wojnie był mistrzem wagi ciężkiej lub półciężkiej okręgu warszawskiego. Jerzy Andrearczyk bardzo lubił młodego Antoniego i jako nagrodę przyprowadził go na klubową halę bokserską.

Pierwszym trenerem Pieczychlebka był Edward Lermer. Człowiek bardzo oddany pięściarstwu. Był on jednym z tych osób (obok Henryka Śliwy, Zenona Świstówa, Józefa Pajko i pana Cygankiewicza), których upór i konsekwencja w działaniu doprowadziły do powstania oraz ogromnej popularności sekcji bokserskiej w Ełku. Trener Lermer był później trenerem młodzieżowej kadry Polski. Niektórzy nazywali go ojcem wszystkich bokserów, bo to on kształtował wielu utalentowanych chłopców, późniejszych świetnych zawodników. Jego grupy były prawdziwymi kuźniami talentów.

Jak wspomina Antoni Pieczychlebek, który kilka lat później trafił pod opiekę Lermera w młodzieżowej kadrze Polski: Tam dostawało sie baty, nie było „zlituj się”, kto był mięczakiem odpadał. Zostawali najsilniejsi i najwytrwalsi. Te młode talenty były dodatkowo „szlifowane” przez starszych o wiele lat zawodników. Walki z nimi to były prawdziwe „szkoły przetrwania”. Jak się człowiek spisał to dostawał przywilej noszenia za nimi torby lub trampek (piszę „trampki”, ponieważ nikogo nie było wtedy stać na prawdziwe bokserskie buty).

I ojciec Antoniego Pieczychlebka i Jerzy Andrearczyk świetnie znali Henryka Śliwę. Był to wielki człowiek jak na tamte czasy. Pracował w wojskowym pionie tzw. WSW – inaczej wojskowej policji, ale głęboko zakorzenionej w wywiadzie. Wiedział więc prawie wszystko o wszystkich i wszystkim, i wykorzystywał tę wiedzę, aby pomagać bokserom. Boks był jego największą życiową miłością, a jako, że stały przed nim otworem drzwi każdej instytucji, każdego domu i urzędu zrobił dla tego sportu tak dużo jak nikt przed nim i chyba po nim. Henryk Śliwa nie tylko wspierał organizacyjnie sekcję Mazura, ale także sam jeździł po całym okolicznym terenie i wyszukiwał talenty do drużyny po nawet najmniejszych miejscowowościach regionu.

Henryk Śliwa wypatrzył m.in. utalentowanego Tadeusza Magretę. W 1970 roku był on obiecującym juniorem ŁKS Łomża. Bardzo zabiegała o tego młodego zawodnika Gwardia Białystok, ale jako że Mazur Ełk awansował do II ligi i był perspektywicznym klubem wybrał Ełk. W pierwszej rundzie II-giej ligi jeszcze nie boksował. Trwały bowiem formalności z jego przejściem do Mazura z ŁKS. Warto przypomnieć, iż w tym czasie był ciągle uczniem II klasy Technikum Przemysłowo-Pedagogicznego w Łomży, które ukończył dopiero w 1972 roku. Jako uczeń szkoły średniej musiał więc pogodzić naukę w Łomży z reprezentowaniem ełckiego Mazura.

Andrzej Tekielski – wielki jak niedźwiedź. Budził respekt u wszystkich, nie tylko u rywali w ringu, ale w gruncie rzeczy był łagodnym człowiekiem i trzeba było dużo się namęczyć, aby go porządnie rozgniewać.

Warto przypomnieć rodzinę Sapieszków. Antonii Pieczychlebek wspomina o nich nazywając ich wielkoludami o potężnie ukrytej sile … i to całą rodzinę. Głównym jej „motorem” była siostra pięściarzy Mazura – Ryszarda i Marka. Pierwszy do klubu trafił Ryszard, najstarszy z rodzeństwa, dopiero później przyszła kolej na nieżyjącego już niestety Marka.

Tadek Zielepucha wielki pięściarski „młotek” i „zabójca”. Kiedy już fachowo uderzył, dobrze trafił, przeciwnik rzadko był w stanie utrzymać się na nogach. W pamięci Ełczan pozostały jego słynne już walki z zawodnikiem o nazwisku Modzelewski i jego udział w niespotykanie zawziętych pojedynkach Mazura z białostockimi Gwardzistami. Niestety ten znakomity zawodnik zmarł nagle w 2012 roku.

Marek Nowak – osiłek, silny jak tur … ale o spokojnym, zrównoważonym charakterze. Człowiek bardzo przyjacielski i uczynny. Niezwykle pewny punkt zespołu podczas walk o ligowe punkty. To głównie z nim o miejsce w drużynie rywalizował Tadeusz Magreta.

Waldemar Czemiel – niesamowity technik. Zawsze spokojnie punktował przeciwników. „Dziobał” rywali swoim niezwykle skutecznym lewym, wykańczając w ten sposób swoich przeciwników. Był szybki jak pantera, a przy tym znakomity „klinczer” – sędzia nigdy go nie zauważał … Później do drużyny dołączył jego brat – Marian.

Jan Żylinski – bardzo dla ełckiego boksu zasłużona postać. Ambitny aż do przesady – zawsze zaangażowany w to co robił w 100 proc. Zdobywał punkty niezwykłą szybkością zadawanych ciosów i zadziwiającą umiejętnością uników. Nikt nie dysponował taką techniką odskoków, zejścia z linii ciosu. Jan Żyliński stoczył wiele pojedynków z Tadeuszem Magretą. Wiele razy krzyżowali rękawice i na sparingach, i podczas walk w ringu … jak i w dalszej drodze działania klubu Mazur Ełk.

Ryszard Dargiewicz „Barabasza” – człowiek historia. Legendarnie nieznośny dla przeciwników w ringu. Nie było drugiego takiego mistrza w zwarciach, przytrzymywaniu, meczeniu przeciwnika. Często trenował z młodszymi zawodnikami, uczył ich sztuki walki w ringu. Pokazywał jak nie dopuścić rywala do siebie jednocześnie punktując jego nieostrożność i nadmiernie „wysunięte czoło”. Był przez to bardzo lubiany. Okazał się znakomity w prowadzeniu najmłodszych kadr, nic więc dziwnego, że pozyskała go Gwardia Białystok.

Zdjęcie z hali KKS MazurJózef Kuderski „Dziuniek” – chyba nie miał godnego przeciwnika dopóki w klubie nie pojawił się Antonii Pieczychlebek. Pierwszy raz zmierzyli się na podczas mistrzostw – chyba związków zawodowych – przed własną, ełcką publicznością. Walka była zacięta.

Byłem bardzo dobrze przygotowany – opowiada Pieczychlebek – przyjechałem z obozu z Cetniewa, gdzie Papa – Feliks Stamm i jego pomocnicy dbali o nasza formę. Widziałem na filmach walki Józka, pokazywano je nam na zgrupowaniu w formie przykładów dobrego boksu. Jako, że znałem go osobiście, znaliśmy się jak „dwa łyse konie”, byłem dumny z Józka.

Tamten pojedynek przegrałem. Dziuniek był wówczas mistrzem, nawet sędziowie patrzyli na niego z podziwem, jak na kogoś wielkiego … To był dobry pojedynek, publiczność była zadowolona, gwizdała bez opamiętania. Zakończył się stosunkiem głosów: dwa do remisu na korzyść Józia. Mimo porażki schodziłem z ringu w glorii chwały … zdałem ten egzamin, przede wszystkim przed samym sobą, ale też przed publicznością … zostałem zaakceptowany i zaczęło sie mówić o mnie jako o dużej sportowej nadziei na przyszłość. Widziano we mnie następcę Józefa Kuderskiego w drużynie … to samo w sobie było wielkim wyróżnieniem.

Antonii Pieczychlebek wspomina, że wiele nauczył się podpatrując Kuderskiego – gdy walczył, naśladując go na treningach i dostając „lekcje boksu” podczas wspólnych, bratobójczych walk. Znawcy pięściarstwa byli pod wielkim wrażeniem szybkich postępów Pieczychlebka, jednocześnie podkreślając, że to duża zasługa tego, że „chłopak” miał najlepszego z możliwych współzawodników w klubie. Jeśli wygrywał Kuderski, to jak podkreślano tylko dzięki większemu doświadczeniu w ringu.

Niedługo po pierwszej walce spotkaliśmy sie kolejny raz – wspomina dalej Pieczychlebek – tym razem na neutralnym ringu w Czarnej Białostockiej. To był rok 1975 – Mistrzostwa Województwa Białostockiego. Byłem już wówczas seniorem. W półfinale pokonałem faworyzowanego Michała Nosa. To było duże zaskoczenie, nikt na mnie nie stawiał. Prasa, reporterzy i redaktorzy prześcigali się, wróżyli i spekulowali jak potoczy się kolejny wielki pojedynek dwóch najlepszych w tej wadze pięściarzy białostocczyzny. Potencjalny finał Józef Kuderski – Mazur Ełk kontra Michał Nos – Gwardia Białystok do „czerwoności” rozpalał bowiem emocje kibiców naszego województwa.

Jednakże w wadze piórkowej, to my stanęliśmy do bratobójczej walki. Józek otrzymał w półfinale wolny los, odpoczywał … wiec finał był zupełnie inny. Ach co sie działo! Cios za cios, przekleństwa Józka podczas walki, technika połączona z doświadczeniem … ale cała kocówka trzeciej rundy była moja … Czułem, wiedziałem ze tym razem jestem lepszy. Wygrałem, a naszą walkę oceniono jako najlepszą w całych mistrzostwach. Na tych mistrzostwach nie łatwo się wygrywało. Decydowało o tym wiele czynników. Nie tylko umiejętności, forma sportowa, doświadczenie … niestety bardzo często też niesprawiedliwe sędziowanie.

Józef Kuderski był zawsze bardzo trudnym rywalem dla wszystkich przeciwników. Nieprzejednany w ringu, nigdy nie dopuszczał do siebie myśli, że może przegrać walkę. Zawsze walczył do końca, do „upadłego”. Ełcka publiczność m.in. za to bardzo doceniała i lubiła „Dziuńka”.

W roku 1969 w drużynie Mazura Ełk występowali i walczyli o punkty w meczach ligowych: Andrzej Tekielski, Tadeusz Zielepucha, Tadeusz Bubienko, Marek Nowak, Jan Żyliński, Antoni Dobrenko, Ryszard Dargiewicz, Józef Kuderski, Janusz Bubieńczyk, Waldemar Czemiel, Stanisław Woronko, Antonii Smoliński, Kmita, Stanisław Kalinowski, Zenon Zamajtys.

Trenerem zespołu był wówczas Kazimierz Chojnowski, a kierownikiem sekcji Henryk Śliwa.

Opr. na podstawie wspomnień Antoniego Pieczychlebka i Tadeusza Magrety.

Fot: prywatne archiwum Tadeusza Magrety

Ludzie Proponowane Sport

p-ock 500m .2009Idąc na pierwszy trening wioślarski myślałeś, marzyłeś, o tym, że może kiedyś wystąpisz na Olimpiadzie?

Sebastian Kosiorek: Szczerze, to wówczas nawet chyba dobrze nie zdawałem sobie sprawy czym są Igrzyska … a co dopiero wystąpić na nich. Tak naprawdę poszedłem na trening z jednego powodu – pozazdrościłem wyników swemu ciotecznemu bratu. Mariusz Daniszewski – bo jego mam na myśli – zapisał się na „wiosła” tylko kilka lat wcześniej i szybko zaczął odnosić znaczące sukcesy. Pomyślałem sobie: „ja też tak chcę, może i ja dam radę”.

Jak zareagowałeś na wiadomość, że będziesz reprezentować barwy narodowe na Olimpiadzie? W jakich okolicznościach trafiłeś do kadry?

S.K.: Muszę przyznać, iż miałem trochę szczęścia. W lipcu 2003 roku przebywałem na zgrupowaniu w Wałczu z grupą młodzieżową. Tam również trenowali starsi koledzy – seniorzy. Któregoś dnia podszedł do nas ich trener i powiedział, że z pierwszej ósemki „wypadło” dwóch zawodników. Przesiedli się do dwójki. Zwolniły się w ten sposób miejsca, które dla płynności treningów trzeba było szybko zapełnić. Nie było nikogo poza nami, więc zmuszony był wziąć kogoś z młodzieżówki. Padło na mnie i na mojego kolegę – Bartosza Szczyrbę. Na treningach „poszło” bardzo dobrze, więc zaproponowano nam wspólny start w zawodach.

Nasz pierwszy start odbył się w Szwajcarii na torach w Lucernie. Reprezentowaliśmy barwy narodowe w Pucharze Świata. Średnio nam „poszło” – zajęliśmy 11 miejsce. Niemniej nasz trener stwierdził, że mimo słabego wyniku, to występ można uznać za obiecujący. W półfinale zabrakło nam dosłownie setne sekundy, aby awansować do czołówki, który pozwala myśleć o uzyskaniu kwalifikacji do Igrzysk Olimpijskich w Atenach.

Niedługo potem, również w Lucernie odbyły się kwalifikacje olimpijskie i udało się … pamiętam, że strasznie to przezywałem, nie spałem całą noc i jak najszybciej chciałem znaleźć się w domu z rodziną. Chyba wówczas nie docierało jeszcze do mnie, że pojadę na Igrzyska.

Jakie miałeś oczekiwania w związku ze swoimi startami? Liczyłeś na medal?

S.K.: W 2004 roku w Atenach mieliśmy zdobyć doświadczenie – byliśmy najmłodszą ósemką na Igrzyskach. O medal mieliśmy walczyć cztery lata później, na następnej Olimpiadzie. Niestety mimo chęci i determinacji w Pekinie też się nie udało.

Uważasz, że starty były rozczarowaniem, czy jesteś z nich zadowolony? Jakie miałeś oczekiwania? Była szansa na lepszy wynik?

S.K.: Zawsze po fakcie człowiek analizuje i doszukuje się błędów, przyczyn słabszego startu. Złota nie zdobyliśmy, medalu innego też nie, więc oczywiście mogłoby być lepiej. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że sukces na Igrzyskach Olimpijskich to efekt wielu czynników – niezwykle ciężkiej pracy i to nie przez jeden rok treningów, a przez wszystkie lata spędzone razem w załodze. To umiejętność dojścia do najwyższej formy sportowej całej, bardzo licznej załogi. To mnóstwo innych szczegółów, które wpływają na sam start.

Pamiętajmy, iż na Olimpiadzie startuje się wśród najlepszych na świecie, którzy także ciężko pracują na swój wynik. Jestem zdania, że sam fakt dostania się do tego elitarnego sportowego grona jest powodem do dumy.

Jak wyglądał pierwszy dzień na Olimpiadzie?

S.K.: W sumie dzień jak na każdych innych zawodach … tyle, że jest zdecydowanie więcej przeróżnych kontroli. Przed przyjazdem do wioski olimpijskiej mieliśmy jasny, rygorystyczny  harmonogram dnia: zakwaterować się, odpoczynek, wyjazd na tor, przygotowanie sprzętu oraz ewentualne zejście na wodę. Wszystko niemal z dokładnością do jednej minuty.

Co zrobiło na Tobie wrażenie?

S.K.: Wszystko, począwszy od samej wioski olimpijskiej, poprzez fantastycznych ludzi, kończąc na stołówce na 10 tys. osób.

Na Olimpiadzie „trzymałem sztamę” z …

S.K.: Ze wszystkimi, z każdym kogo spotkałem – jedna wielka rodzina.

Jaki start w Twojej karierze utkwił ci najbardziej w pamięci?

S.K.: Kwalifikacje olimpijskie do Aten 2004. Nigdy w życiu tak się nie denerwowałem, jak przed i w trakcie startu. Wydaje mi się, że nigdy potem już nie było w nas takiej determinacji, pragnienia i chęci do walki jak wówczas. Byliśmy młodzi, gniewni i „głodni” sukcesu.

Życie sportowca jest piękne i kolorowe – prawda czy fałsz?

S.K.: Piękne, bo jak organizacyjnie jest wszystko dopięte, to jedyne co cię interesuje to wiosłowanie. O nic się nie trzeba martwić, wszystko masz pod nos położone, posprzątane, ugotowane. Życie sportowca jest jak najbardziej kolorowe gdy popatrzymy przez pryzmat startów na torach regatowych w różnych częściach świata. Każdy wyjazd na zawody, wiąże się z poznawaniem naprawdę przepięknych miejsc. Jednak aby dojść do „pięknego i kolorowego”, na co dzień trzeba wylać hektolitry potu, wierzyć w to co się robić i umieć opanować chwile zwątpienia w to co się robi, bo niestety one zawsze przychodzą.

Gdyby położono na szali medal mistrzostw Polski i występ na Olimpiadzie co byś wybrał na początku kariery?

S.K.: Igrzyska Olimpijskie bez zastanowienia.

Jaka jest według Ciebie recepta na sukces?        

S.K.: Jest bardzo prosta. Trzeba być wytrwałym w tym co się robi.

Możesz zdradzić swoje tajniki motywowania się przed startem?

S.K.: Przez wiele lat treningów w kadrze współpracowaliśmy z psychologiem sportowym, który pomagał nam rozładowywać stres przed startem jak i również pokazywał sposoby motywacji. Dla mnie osobiście najbardziej pomagało słuchanie muzyki. To zawsze wyciszało emocje związane ze startem.

Czy ełckie wioślarstwo będzie kiedyś potęgą?

S.K.: Myślę, że nie jest to najważniejsze. Prezes klubu, w którym startowałem, Zygfryd Żurawski często powtarzał, że wyniki go niezwykle cieszą, ale najbardziej dumny jest z zawodników, którzy ciężko na co dzień trenując kończą studia i wychodzą na ludzi. Wiedział co mówi, Lotto RTW Bydgostia to od ponad 20 lat najlepszy klub wioślarski w Polsce, bez przerwy wygrywający punktację drużynową. Sukcesy tego klubu wynikają nie tylko z ciężkiej pracy na treningach, ale też z mądrego podejścia do wszechstronnego rozwoju młodych ludzi startujących w klubie.

Dlatego myślę, że najważniejsze, abyśmy w Ełku umiejętnie kształtowali młodych ludzi. Poprzez sport niech nauczą się wybierać odpowiednie cele w życiu, niech marzą i konsekwentnie realizują swoje marzenia. Niech nauczą się tego co naprawdę w życiu jest ważne.

Aktualnie trenujesz młodzież w Międzyszkolnym Ośrodku Sportowym w Ełku. Jak Ci idzie?

S.K.: Tak, pracuję jako instruktor wioślarstwa w MOS-ie. Muszę przyznać, iż mam naprawdę wielką satysfakcję z faktu, że dzieciaki przychodzą regularnie i z chęcią na moje zajęcia. Jeżeli ktoś systematycznie i z przekonaniem trenuje to jest duża szansa, że prędzej czy później osiągnie dobre wyniki. Co do konkretów, to w ubiegłym roku najcenniejsze wyniki osiągnęliśmy na Mistrzostwach Polski Młodzików. Adam Sinocha zdobył złoty medal w kategorii jedynek, a w dwójce podwójnej Klaudia Pankratiew – Olga Szczawińska wywalczyły brązowy medal.

Ludzie Proponowane Sport

skok w dalCzasem ciężko się pogodzić z faktem, że miasta takie jak Ełk, czasem zapominają o sportowych osiągnięciach osób, które tu się wychowywały i zaczynały swoją przepiękną i pełną sukcesów karierę sportową.

Przykładów jest wiele, ale z pewnością należy obowiązkowo przypomnieć nazwisko Klimaszewski. Warto chociażby ocalić od zapomnienia fakt, iż olimpijczykiem był ełczanin Andrzej Klimaszewski – lekkoatleta, skoczek w dal i specjalista biegów w sztafecie 4 x 100 metrów.

Syn Józefa i Ireny Modzelewskiej urodził się 14 maja 1960 roku. Wychował się w Ełku, gdzie skończył szkoły podstawową i średnią. To w naszym mieście, przez ełckich nauczycieli w-fu „szlifowany” był jego wielki sportowy talent, który w pełni potem rozwinął trener Walenty Wejman.

W 1980 roku reprezentował nasz kraj na olimpiadzie w Moskwie. Nie był to występ udany. Najwyraźniej młodego sportowca „zjadła” trema i z wynikiem 7.76 m zajął odległe, 11 miejsce w grupie A, i niestety nie awansował do finału konkurencji (min. kwalifikacyjne wynosiło 7.90 m).

Jego wielka kariera rozpoczęła się już w 1977 roku, kiedy na halowych mistrzostwach Polski juniorów zdobył brązowy medal. Ten występ był zapowiedzią „wybuchu” jego niebywałego talentu, który  „eksplodował” w 1979 roku, gdy Andrzej Klimaszewski został  mistrzem Europy juniorów w skoku w dal. Tytuł ełczanina był sensacją zawodów rozgrywanych w Bydgoszczy, tym bardziej, iż zdobyty był w rewelacyjny sposób, z imponującym wówczas juniorskim wynikiem 7.83 m.

Jego rekord w skoku w dal 8.20 m uzyskany w 1980 roku w Sopocie jest piątym wynikiem w historii polskiej lekkiej atletyki. Jako ciekawostkę można dodać, że skakał dalej, nawet 8.33 m, jednakże, albo nie były to oficjalne zawody, albo notowano zbyt silny wiatr i tych wyników nie można uznać za oficjalne.

Był wielokrotnym mistrzem Polski – 5-krotnym na otwartym stadionie (w skoku w dal i w sztafecie 4 x 100 metrów) oraz 4 – krotnym w hali w skoku w dal. W latach 1980 – 2007 był rekordzistą Polski U-23 w skoku w dal.

Nieco gorzej szło mu na zawodach międzynarodowych. Po zakończeniu kariery sportowej przez Andrzeja Klimaszewskiego, wśród znawców lekkiej atletyki, pozostał wyrażany w mediach jakiś niedosyt. Według ich opinii w zawodach rangi światowej nie do końca potrafił potwierdzić swój naprawdę wielki potencjał, który objawił się w wieku juniorskim. Jednakże należy wyraźnie podkreślić, iż osiągane wyniki są zdecydowanie bardziej powodem do dumy niż jakiegoś rozczarowania. Kilkukrotny finalista Mistrzostw Europy: w 1980 roku na zawodach rozgrywanych w hali zajął ósme miejsce, w 1983 był piąty, a w 1986 roku na stadionie jedenasty. Był także 14 – krotnym reprezentantem Polski w meczach miedzypaństwowych. Warto też odnotować bardzo udany występ i wysokie 4 miejsce osiągnięte podczas finału Pucharu Europy w Moskwie w 1985 roku, a także 4 miejsce, dwa lata później podczas Uniwersjady w Zagrzebiu. W 1980 roku, prestiżowy i opiniotwórczy magazyn Track ond Field News sklasyfikował go w swym rankingu na ósmej pozycji na świecie!

Podczas swojej kariery reprezentował kluby: Juvenii Białystok, Bałtyku Gdynia i Legii Warszawa. Największe sukcesy osiągał trenując w Gdyni. Lekkoatletyczny Stoczniowy Klub Sportowy z wybrzeża był wówczas potęgą sportową, a razem z Andrzejem Klimaszewskim trenowało wielu olimpijczyków, m.in. tyczkarz Władysław Kozakiewicz, dziesięcioboiści Dariusz Ludwig i Janusz Szczerkowski.

Gdy w 1980 roku na halowych mistrzostwach Polski seniorów Andrzej Klimaszewski zdobywał złoty medal, brązowy medal w skoku w dal wywalczyła jego siostra Elżbieta Klimaszewska. Wybitna sportsmenka urodzona w naszym mieście 3 stycznia 1959 roku.

Co prawda nie dane jej było wystąpić na Olimpiadzie, ale jej rekord życiowy 6.64 m osiągnięty w 1984 roku w Warszawie plasuje ją na dziewiątym miejscu w tabeli wszechczasów kobiecych skoków w dal w Polsce.

Jej talent objawił się po raz pierwszy na Ogólnopolskich Igrzyskach Młodzieży Szkolnej w 1974 roku. Dziewczyna reprezentująca wówczas ełcką Szkołę Podstawową nr 1 wygrała zawody zdobywając złoty medal w swojej koronnej konkurencji (była także niezłą sprinterką). To był początek długiej i udanej kariery sportowej zakończonej dopiero w 1989 roku.

Rok później, w 1975 roku, na mistrzostwach Polski juniorów podopieczna Ryszarda Rynkiewicza była już jedną z głównych postaci w rywalizacji skoku w dal. Na MP juniorów młodszych zdobyła złoty medal, natomiast na MP juniorów starszych na hali medal brązowy. Jako że w Ełku nie było profesjonalnego klubu lekkoatletycznego reprezentowała SZS AZS Białystok (Juvenię Białystok). Do dziś nie było zawodniczki, która osiągała by lepsze niż Elżbieta Klimaszewska wyniki, reprezentując kluby białostockie w skoku w dal.

W roku 1976 ełczanka wystartowała w mistrzostwach Polski seniorów i była bliska sprawienia sporej niespodzianki ostatecznie zajmując 4 miejsce. Rok później z sukcesami wystartowała na MP juniorów zdobywając srebrny medal.

Na początku lat osiemdziesiątych była w czołówce polskich lekkoatletów. Na mistrzostwach Polski seniorów zawsze zaliczana była do grona faworytów – w zawodach na otwartym stadionie zdobyła w sumie trzy medale: złoty w Bydgoszczy w 1983 roku, srebrny w Lublinie w 1984 roku i brązowy w Grudziądzu w 1986 roku. Trzy medale plasują ją na 22 pozycji w tabeli wszechczasów na MPS. Sukcesy na stadionie nie były jedynymi świetnymi występami. Równie dobrze szło jej w hali, m.in.  w 1984 roku w Zabrzu zdobyła złoty medal.

Warto także dodać, że będąc zawodniczką AZS Warszawa rywalizowała w klubie z najwybitniejszą polską skoczkinią w dal – Anną Włodarczyk, rekordzistką Polski w tamtym okresie.

 

Ludzie Proponowane Sport

UMKS MIKRO EŁKCzy jest szansa, aby w mieście takim jak Ełk była profesjonalna drużyna siatkarska mogąca rywalizować z najlepszymi w Polsce?

Paulina Topolska: Ełk jest miastem rozwijającym się dość szybko, mamy miejsca do treningów, profesjonalnych trenerów, a i coraz większe zainteresowanie siatkówką. Czyli podstawę do osiągnięcia sukcesu już mamy. Co będzie dalej? Zależy tylko od zaangażowania naszego i ludzi związanych z siatkówką.

Tomasz Przekop: To zależy także od finansów. Możemy szkolić siatkarzy i siatkarki lecz z braku perspektyw na karierę seniorską uciekną wcześniej czy później do większych ośrodków, mających pieniądze, dające rozwój sportowy. Dobrze byłoby, gdyby w Ełku była wyższa uczelnia umożliwiająca młodzieży kontynuowanie nauki i trenowanie w profesjonalnym klubie.

Wasza drużyna właściwie dopiero powstaje. Na jakie cechy mentalne i sportowe powinno się zwracać uwagę przy wyborze zawodniczek do takiego zespołu?

T.P.: Na początku przyjmuje się wszystkie dziewczęta. Z czasem te najsłabsze się same wykruszają. Wiadomo, że silne charaktery są pożądane w zespole, lecz niekoniecznie skrajni indywidualiści. Zespół na boisku się musi rozumieć, współdziałać, uzupełniać. Ważne, aby dziewczyny nie bały się ciężko pracować.

Ile liczy wasza grupa? To otwarty zespół, czy jak znajdą się chętni to mają szansę do was dołączyć?

P.T.: Na treningi przychodzi przeciętnie 30 dziewczynek, jednak lista jest o wiele dłuższa i liczy ich znacznie ponad 30. Lista jest jak najbardziej otwarta. Zapraszamy wszystkich chętnych, nigdy nie wiadomo, kiedy ujawni się talent, a my musimy być czujni!

Gdzie was można znaleźć? Jak często trenujecie?

P.T.: Na razie trenujemy raz w tygodniu, lecz zamierzamy zwiększyć liczbę treningów w najbliższym czasie. Trenujemy na sali gimnastycznej w Zespole Szkół nr 6 im. Macieja Rataja w Ełku, przy ul. Kajki 4.

T.P.: O treningach można również się dowiedzieć na Facebooku wpisując „umks fpp mikro Ełk”.

Dziewięć lat – czy to dobry wiek do zaczynania przygody z profesjonalnym sportem?

Tomasz-Przekop-225x300T.P.: Obecnie każda przygoda ze sportem zaczyna się bardzo wcześnie. Oczywiście są pewne granice, których nie można przekroczyć. Siatkówki powinno się jednak uczyć dopiero od ukończenia przez dziecko wieku 9 lat ze względu na rozwój biologiczny młodego organizmu, szczególnie kości i stawów dłoni. Na początkowych treningach, w pierwszych latach nie wolno forsować dzieci intensywnym treningiem, musi być przewaga ćwiczeń i zabaw ogólnorozwojowych. Jednakże jeśli chcemy myśleć o profesjonalnej przyszłości sportowej, to nie wolno także czekać z rozpoczęciem treningów, trzeba pracować z dzieckiem jak najszybciej.

Siatkówka to świetna zabawa. Czy wasi podopieczni traktują treningi właśnie jako zabawę, czy trenują „bardzo serio”? Jak dokładnie wyglądają wasze treningi?

P.T.: Myślę, że nasze podopieczne traktują treningi bardziej jako zabawę, o to właśnie nam chodzi. Jeszcze przyjdzie czas na „bardzo serio” oraz na ciężką pracę.

T.P.: Te zajęcia muszą być atrakcyjne i oparte na formach zabawowych. Przemycamy w zabawie naukę poszczególnych elementów rzemiosła siatkarskiego. Każdy trening rozpoczynamy od rozgrzewki w formie berka, lub innej zabawy. Następnie staramy się uczyć dziewczyny poszczególnych elementów siatkarskich, takich jak zagrywka, odbicia poruszanie się po boisku itp. – oczywiście ćwiczenia często ukryte są „pod postacią” zabawy. Istotna jest także gimnastyka i koordynacja ruchowa. Ważnym elementem treningu jest również rywalizacja. Rozgrywamy mini turnieje, organizujemy wyścigi rzędów. Wychwytujemy elementy, które wykonują dobrze i poprawiamy elementy słabiej wykonywane. Dzieci zawsze są chwalone, staramy się je motywować zawsze w sposób pozytywny.

P.T.: Praca z dziećmi jest bardzo wymagająca, przynosi, jednak więcej satysfakcji ponieważ chłoną one wiedzę „jak gąbka”. Uczą się bardzo szybko i dosyć szybko widać efekty. Z młodzieżą i dorosłymi na uwidocznienie efektów trzeba trochę poczekać. Poza tym dzieci są bardzo wdzięcznymi odbiorcami i często pokazują otwarcie swoje zadowolenie.

T.P.:  Trening grupy starszej jest nudny  – dużo powtórzeń, oraz trening fragmentów gry i taktyki. Trening z dziećmi jest fajną zabawą także dla nas.

Średnia wieku waszej drużyny jest dość niska, macie przecież do czynienia z dziewięciolatkami, jak udaje się wam utrzymać koncentrację młodego człowieka na półtoragodzinnym treningu?

T.P.: To jest same sedno treningu. Właśnie utrzymanie koncentracji lub bym powiedział – zainteresowania akurat tym ćwiczeniem, które ma być wykonywane w danym momencie. Przede wszystkim jest nas dwójka na treningu ja i Paulina. Jesteśmy wśród dzieci i każde z nas poprawia i instruuje inną grupę. Na pierwszym treningu ustaliliśmy z dzieciakami jakie są zasady: trener mówi dziecko słucha, trener mówi dziecko nie odbija piłki. O zasadach i w ogóle o siatkówce opowiadamy, gdy dzieci siedzą.

P.T.: Dzieci mają skrócony czas skupienia uwagi. W tym celu obszerne objaśnienia na temat ćwiczenia trzeba zastąpić prostym, poprawnym pokazem. Aby utrzymać u młodszych podopiecznych stały poziom motywacji należy na każdym treningu wprowadzić w miarę możliwości jak największą ilość zdrowej rywalizacji oraz zabawy.

Widać już rywalizację na treningach?

P.T.:  Bardzo widać rywalizację. Każde dziecko chce być najlepsze i bardzo przeżywa porażki. Aby nie zniechęcało się do treningu trzeba dać wykazać się każdemu, aby zyskało pewność siebie.

W sporcie dużą rolę odgrywa umiejętność współpracy na linii trener – drużyna. Jak układa się współpraca waszej dwójki z waszymi podopiecznymi? Jak należy dotrzeć do młodych siatkarek, żeby taka współpraca się układała?

Do wywiaduP.T.: Każde z nas wnosi coś od siebie w treningi. Jedno dyscyplinę, drugie więcej uśmiechu. Staramy się poznać nasze podopieczne jak najlepiej, żeby wiedzieć jak układać z nimi pracę i abyśmy mogli podejść do każdej indywidualnie. W przyszłości chcemy również układać jak najlepiej kontakty z rodzicami, aby móc wspólnie rozwiązywać zaistniałe problemy.

T.P.: Myślę że jesteśmy na początku drogi szkoleniowej. Na razie dzieci są zaangażowane w to co robią i to nas bardzo cieszy. Wiem że w szatni sobie omawiają treningi. Rodzice przekazują, że dzieci są zadowolone, jest wspaniała atmosfera i o to na razie nam chodzi.

Na podstawie waszych obserwacji, czy są wśród waszych bardzo młodych zawodniczek takie w których dostrzegacie wielki potencjał godny w przyszłości wielkich osiągnąć? Czy widzicie w którejś z dziewczynek potencjał na miarę np. Małgorzaty Glinki?

P.T.:  Oczywiście, że tak. Nie jest to sam wzrost, ale widoczne zaangażowanie, chęć do ćwiczeń i charakter, który nie pozwala poddawać się przy pierwszych niepowodzeniach. Potencjał widać już u wielu dziewczynek, u niektórych dopiero się ujawni. Wiele czynników wpłynie na ten sukces. Nie bez znaczenia jest tu rola rodziców i opiekunów, którzy będą je wspierać i przyprowadzać na zajęcia.

T.P.: Trzeba tutaj powiedzieć, że tak wcześniej w żadnym klubie w Ełku nikt nie rozpoczął szkolenia w jednym roczniku dziewcząt. Tutaj ważny jest pierwszy moment czyli nabór zawodniczek do sekcji. I trzeba powiedzieć, że parę utalentowanych zawodniczek się ujawniło. Musimy również pamiętać, że siatkówka, ta prawdziwa, warunkowana jest cechami somatycznymi zawodniczki. Te, które w przyszłości będą miały minimum 175 cm wzrostu mogą liczyć na propozycję dalszej już zarobkowej gry.

Ile trzeba z takimi dziećmi ćwiczyć, aby rozegrały prawdziwy mecz w siatkówkę?

P.T.: Prawdziwy mecz, rozumiejąc grę szóstką zawodników na boisku dziewczęta rozegrają dopiero prawdopodobnie pod koniec szkoły podstawowej. Niemniej jednak będą rozgrywały równie ważne mniejsze mecze „dwójek”, „trójek” i „czwórek” siatkarskich, gdzie będą sprawdzać się systematycznie.

Jakie szanse rozwoju ma ta drużyna? Jaka jest wasza wizja jej rozwoju?

P.T.: Cieszymy się przede wszystkim, że mamy bardzo dużą frekwencję na zajęciach. Z taką grupą można osiągnąć wszystko! Dopiero zaczynamy pracę z młodszymi dziećmi. Liczymy na to, że pozyskamy pieniądze na wszystkie sprzęty, stroje oraz, że zapewnimy dzieciakom możliwość rozwoju  na najwyższym poziomie. Marzymy o wyjazdach na obozy letnie i zimowe oraz  wygranych turniejach i o … Mistrzostwie Polski! Myślimy, że mamy szansę to osiągnąć, bo chęci i motywacji nam nie brakuje.

T.P.: Precyzując zakładane plany – od stycznia zwiększenie godzin treningów do 2 tygodniowo. W marcu turniej „Kinder sport” w dwójkach. Od września dla najzdolniejszych dzieci będzie proponowana klasa sportowa. Dopełnieniem będą treningi w klubie, wyjazdy na zgrupowania letnie i zimowe, za 3 lata zgłoszenie dziewcząt do ligi wojewódzkiej młodziczek i awans do finału MP (najlepsza ósemka w Polsce). Systematyczna praca w klubie, aż do wieku 19 lat (matura). W wieku 18 lat walka o awans do 2 ligi.

Współczesny świat wyczynowy jest atrakcyjną ofertą dla młodego pokolenia. Sława, podróże, uznanie, a także pieniądze – to atrakcyjne atrybuty kariery sportowej. Czy dzieci trenujące w klubie mają takie ambicje? Czy którejś z dziewczynek marzy się sława znanej sportsmenki?

T.P.: To może trochę za szybko, aby marzyć o podbojach świata. Na razie mamy inne cele. Chcemy aby wyłoniła się grupa dziewczynek, które będą monolitem. Prawidłowe szkolenie i systematyczność pozwolą nam odnieść sukces w rozgrywkach mini siatkówki. A co do dziewczynek … marzenia są motorem napędowym naszych działań, patrząc na ich dotychczasowe zaangażowanie łatwo zgadnąć, iż wielka kariera marzy się niejednej z nich.

Czy młodzi zawodnicy zdają sobie sprawę z ogromu pracy i wysiłku jaki trzeba włożyć, by choć trochę spełniły się marzenia o wielkiej sportowej karierze?

T.P.: Myślę że dzieci w wieku 9 lat nie sięgają tak daleko w przyszłość. To raczej trener i rodzice myślą o przyszłości i ile pracy przed nami. Dziewczynki interesuje najbliższy mecz i każda chce w nim wystąpić.

Kiedy wasza drużyna pozna smak zwycięstwa? Kiedy planowane są pierwsze poważne zawody?

T.P.: Pierwszy oficjalny turniej dwójek zagramy w marcu – kwietniu w ramach „Kinder Sport”. Chociaż dziewczynki będą o rok, a niektóre o dwa lata młodsze od swoich przeciwniczek (gdyż jest to turniej dla czwartych klas) to i tak zapowiadam walkę.

Czy wpajacie młodym ludziom także zasady fair play? 

P.T.: Staramy się wpajać zasady fair play oraz uczulając dzieci na wykorzystanie tych zasad w życiu codziennym. Według mnie fair play powinno być podstawą rywalizacji sportowej.

Jesteście parą doświadczonych trenerów, a jednak nie spoczywacie na laurach i ciągle podnosicie swoje umiejętności. Skąd czerpiecie materiały i wiedzę szkoleniową?

T.P.: Co roku jeździmy na szkolenia organizowane przez PZPS w naszym województwie i tam również dostajemy materiały szkoleniowe. Dużo uczymy od kolegów trenerów podczas turniejów i meczów ligowych. Skarbnicą wiedzy jest również Internet.

P.T.: Przy każdej okazji i gdzie tylko możemy się doszkalamy. Poza udziałem w kursach, mamy swoje ulubione „siatkarskie” gazety i strony internetowe, więc z nowinkami szkoleniowymi jesteśmy na bieżąco.

Gdzie leżą główne problemy i bolączki polskich nauczycieli WF-u? 

T.P.: Na pewno każdy nauczyciel jest pełen ambicji i chciałby pracować jak najwięcej z młodzieżą. Jak każdy za swoją pracę chciałby otrzymywać gratyfikację. Brak jest programów, które objęłyby szkolną młodzież zajęciami pozalekcyjnymi. Brakuje również godzin na halach przyszkolnych do dyspozycji nauczycieli. Hale sportowe wynajmowane są komercyjnie już od godziny 18.00

Jak się zaczęła wasza przygoda z siatkówką? 

P.T.: Miłością do siatkówki zaraziła mnie mama. Od małego „turlałam się” po materacach i ganiałam za piłką, w czasie kiedy mama grała popołudniami ze znajomymi na sali. Potem, sama już trenując stwierdziłam, że nie mamy zbyt wielkich możliwości na osiągniecie sukcesu trenując w Ełku. W tym momencie zaczęłam marzyc o stworzeniu w przyszłości „swojej” drużyny i udostępnieniu jej jak najlepszych warunków. Od początku wiedziałam, że chcę pracować z dziewczętami.

T.P.: Ja zacząłem trenować w Szkole Podstawowej nr 2 w szóstej klasie. Wcześniej mój tata zabierał mnie na salę do budowlanki i razem odbijaliśmy piłkę. Jeździłem z nim na obozy sportowe, zawody. Następnie swoją karierę kontynuowałem w I LO w Ełku na studiach grałem przez pół roku w AZS Biała Podlaska. Moja kariera się skończyła, gdyż byłem za niski a nie było pozycji Libero.

Ludzie Proponowane