Kategoria: Historia

Przedwojenne boisko przy ulicy Sportowej zaraz po II Wojnie Światowej nie nadawało się do rozegrania pierwszego w polskim Ełku meczu piłki nożnej.

Zawalony most na wąskim torze skutecznie spiętrzył wody rzeki Ełk i nic dziwnego, że leżące nad nią boisko znajdowało się pod wodą. Nie był zresztą to jedyny taki przypadek w historii miasta. Zdarzało się tak i później, że piłkarze Mazura nie mieli gdzie grać, bo na boisku stała woda – na terenach zalewowych tak po prostu czasem bywa.

Dlatego też pierwszy mecz rozegrano przy ulicy Gdańskiej, w miejscu, gdzie jeszcze kilkanaście lat wcześniej odbywał się handel bydłem, a później znajdowała się targowica miejska. Miejsce to przeszło także do historii w roku 1932, kiedy to wielotysięczny tłum entuzjastycznie witał tam Adolfa Hitlera.

To przy ulicy Gdańskiej 1 maja 1946 roku Kolejowy Klub Sportowy, w składzie J. Michalecki, M. Jabłoński, K. Białecki, K. Dulewicz, T. Zawko, W. Kawaler, R. Ejsmond oraz z legendarnym już w naszym mieście Stefanem Marcinkiewiczem, rozegrał swój pierwszy mecz – z żołnierzami z Wojskowego Klubu Sportowego „Mazur”. Wojskowi udzielili niezłej lekcji futbolu „raczkującemu” klubowi wygrywając z „klejarzami” 9:2.

Do lipca 1946 roku udało się udrożnić rzekę i przygotować boisko przy ulicy Sportowej. Stało się to okazją do zorganizowania uroczystego otwarcia tego boiska i rozegrania pierwszego oficjalnego meczu. W przeddzień rocznicy bitwy pod Grunwaldem, ełczanie gościli drużynę KS „Warmia” z Grajewa. Warto przypomnieć, iż pierwszy mecz na ulicy Sportowej był jednocześnie pierwszą oficjalną po wojnie imprezą w naszym mieście. Inauguracja okazała się szczęśliwa dla miejscowej drużyny, która bardzo niegościnnie wygrała z przyjezdnymi 3:0. Autorem wszystkich goli był Stefan Marcinkiewicz.

Stefan Marcinkiewicz był przez następną dekadę jednym z lepszych ełckich piłkarzy. Karierę zakończył w roku 1955, do tego czasu rozegrał ponad 100 ligowych meczów. Po zakończeniu gry nie rozstał się z piłką nożną i rozpoczął pracę trenerską. Przez ponad 10 lat pracował jako trener pierwszej drużyny Mazura Ełk, potem, aż do śmierci w 2003 roku z młodzieżą.

Pod jego wodzą, Mazur zdobył cztery razy Puchar Polski na szczeblu Województwa Białostockiego, a dwa razy uczestniczył w finale. Jego wychowankami było setki ełckich piłkarzy – w tym wielu naprawdę bardzo dobrych. Wystarczy wspomnieć znane w Ełku postacie: A. Remiszewski, A. Zientarski, J. Tetiuk, J. Jackowski, M. Sadowski, A. Walczuk, T. Skorupa, J. Michalczyk, R. Karpowicz, T. Bułakowski, M. Kotarski, T. Kotewski, M. Szymański.

Jeszcze w roku 1946 drużynę Ełczan zgłoszono do oficjalnych rozgrywek piłkarskich. Była to walka o wejście do A-klasy. „Kolejarze” trafili do grupy III razem z dwoma zespołami z Suwak oraz dwiema drużynami wojskowych – wspomnianym już WKS „Mazur”, który utworzony został przy 62 pułku piechoty stacjonującego w Ełku i „Artylerzystą” Ełk, zespołem działającym przy 54 pułku artylerii. KKS Ełk zajął w tej rywalizacji trzecie, premiowane awansem miejsce. Pierwszy sezon A-Klasy piłkarze z Ełku ukończyli na przyzwoitym piątym miejscu.

Zdjęcie: Kolejarz (Mazur) Ełk po zwycięstwie w Mistrzostwach Okręgu Białostockiego w 1954 roku. Stefan Marcinkiewicz trzeci od lewej w górnym rzędzie.

Fot: elk.wm.pl

Historia Proponowane Sport

czb41-600x250Aby w jakiejś dziedzinie sportu przedstawiciele naszego miasta osiągali sukcesy musi zostać spełniony przynajmniej jeden, ale podstawowy warunek.

Musi znaleźć się osoba, zapaleniec – trener, który poza umiejętnościami sportowymi, talentem pedagogicznym, będzie działać z zaraźliwym entuzjazmem. Wówczas o wyniki jego podopiecznych możemy być spokojni.

Ełckie judo miało to szczęście, że na początku historii tej dyscypliny sportu w naszym mieście znalazły się aż dwie takie osoby. To Anatol Adamiuk i Jerzy Ćwiek.

Judo w Ełku zaczęto uprawiać w roku 1979 w klubie MKS Żak. Stało się to za sprawą Anatola Adamiuka. Szkoleniowiec osiągnął znaczne sukcesy szkoleniowe – w szczególności w pracy z kobietami. To właśnie panie jako pierwsze w regionie walczyły o czołowe lokaty Mistrzostw Polski. W 1981 roku Ewa Mudel i Bożena Zakrzewska zajęły punktowane miejsca z zawodach rangi mistrzowskiej.

W roku 1984 „rozwiązał się” medalowy worek dokonań klubu. Pierwszy historyczny medal dla klubu wywalczyła podopieczna Adamiuka – Bożena Misiewicz. Zdobyła brąz na Mistrzostwach Polski Juniorów Młodszych. Dwa lata później objawił się nieprzeciętny talent, być może najlepszej zawodniczki w historii Żaka – Agnieszki Harmuszkiewicz. Na Ogólnopolskich Igrzyskach Młodzieży Szkolnej w wadze do 52 kg nie miała sobie równych, wygrywając zawody bezapelacyjnie.

Zawodniczka ta zdobywała później dwukrotnie brązowe medale Mistrzostw Polski Juniorów (1985 i 1988), a w roku 1989 wywalczyła srebro. Z powodzeniem rywalizowała także na Mistrzostwach Polski Seniorów – m.in. w roku 1989 zajęła 5-6 miejsce. Pod koniec lat 80-tych była w ścisłej czołówce najlepszych seniorek kraju w swojej kategorii wagowej.

Sukcesy Agnieszki Harmuszkiewicz motywowały do pracy inne ełckie zawodniczki, które już pod przewodnictwem trenera Ćwieka zdobywały kolejne medale. W 1989 roku na Mistrzostwach Polski Juniorów brąz wywalczyła Kamila Orłowska, a dwa lata później w dobrym stylu srebro zdobyła Anna Budziejko.

Począwszy od lat 80-tych na krajowych matach zaczęli „straszyć” rywali także panowie. Po medale w mistrzowskich zawodach sięgali wówczas kolejno: Krzysztof Adamczyk, Leszek Mięczkowski, Jarosław Urban i Robert Ramotowski. Na przełomie lat 80-tych i 90-tych zawodnicy Żaka byli jedynymi judokami z regionu, którzy występowali na Mistrzostwach Polski Seniorów. W roku 1994 w wadze do 60 kg świetnie wystartował Maciej Kołowski, któremu zabrakło tylko trochę szczęścia aby odnieść większy sukces – ostatecznie uplasował się na też bardzo dobrym 9 miejscu.

To były tylko początki sukcesów klubu MKS Żak Ełk. Od II połowy lat 90-tych sukcesów i znakomitych występów ełckich judoków tylko przybywało. Obaj zasłużeni pierwsi trenerzy pozostawili po sobie znakomitych wychowanków – szkoleniowców, którzy obecnie tworzą potęgę klubu. Wystarczy prześledzić osiągnięcia chociażby trenerów Jarosława UrbanaPawła Urbana czy Krzysztofa Sosnowskiego.

Co teraz w tym zasłużonym i coraz lepszym klubie słychać? Zachęcam do odwiedzenia strony internetowej i Facebook-owej klubu MKS Żak Ełk.

Fot: http://judoelk.pl/

Historia Proponowane Sport

OrszaNie wiem dlaczego, ale my Polacy jakoś nie lubimy chwalić się swoimi największymi sukcesami militarnymi. Wolimy bitwy romantyczne, otoczone opowieścią o wielkim heroizmie, poświęceniu i oczywiście zakończone wielkim laniem.

Zapominamy natomiast o wielkich, zwycięskich  bitwach, które zmieniały oblicza całego kontynentu. Dzisiaj mija 500 lat od zwycięstwa polskich wojsk w ostatniej wielkiej bitwie średniowiecza, pierwszej wielkiej bitwie polskiej husarii stoczonej pod Orszą.

Ilu Polaków ma obecnie jakąkolwiek wiedzę na ten temat?

Bitwa pod Orszą rozegrała się 8 września 1514, w czasie wojny litewsko-moskiewskiej 1512-1522. W sierpniu 1514 doszło do zawarcia sojuszu przeciw Zygmuntowi Staremu pomiędzy Wasylem III, a cesarzem Maksymilianem I Habsburgiem i wielkim mistrzem zakonu krzyżackiego Albrechtem Hohenzollernem. Sojusznicy zobowiązali się do wzajemnej pomocy i podziału łupów. Moskwa rościła sobie pretensje do znacznego obszaru Wielkiego Księstwa Litewskiego obejmującego dzisiejszą Ukrainę z Kijowem i Białorusią, cesarstwo niemieckie zaś do ziem zakonu. Owocem sojuszu miało być wspólne uderzenie niemiecko-moskiewskie na ziemie polsko-litewskie.

Po zawarciu porozumienia Rosjanie skierowali swoje armie na ziemie litewskie i szybko opanowali Smoleńsk. Po opanowaniu miasta ich wojska ruszyły dalej na zachód, aby zamknąć pod Orszą przeprawę siłom litewsko-polskim pod dowództwem hetmana wielkiego litewskiego księcia Konstantego Ostrogskiego, które zmierzały na odsiecz utraconym terenom. Te, w nocy z 7 na 8 września 1514 roku zdążyły przeprawić się jednak przez rzekę. Przeprawa piechoty i artylerii odbyła się po dwóch mostach pontonowych, wykonanych z łodzi, opróżnionych beczek po winie, piwie i wodzie oraz drewnianych bali przez rotę inżynieryjno-saperską dowodzoną przez mieszczanina żywieckiego Jana Basztę.

Niedługo po przeprawie doszło do bitwy. Dowodzący wojskami polskimi książę Konstanty Ostrogski wykazał się ogromną fantazją umiejętnie wykorzystując w bitwie ukształtowanie terenu. Udając ucieczkę części wojsk, wciągnął armię moskiewską w zasadzkę. Doszło do rzezi. Na zaskoczonych, zbitych ciasno w wąwozie nieprzyjaciół, spadła lawina ognia z rusznic i falkonetów. To rozpoczęło zagładę całej armii moskiewskiej. Efekt bitwy był taki, że około 20 tys. wojsk polsko-litewskich wspomaganych przez zaprzyjaźnionych Węgrów rozbiło około 80 tys. armię moskiewską! W ręce zwycięzców wpadł obóz wroga z licznymi dobrami i wielu jeńców – do niewoli dostało się dowództwo moskiewskie i liczne bojarstwo.

Niewątpliwym sukcesem było wykorzystanie propagandowe wyniku bitwy jako karty przetargowej w stosunkach z Habsburgami i wydatnie przyczyniło się do rozbicia ligi anty-jagiellońskiej. Zamiast ataku niemiecko-moskiewskiego w 1515 odbył się zjazd wiedeński. Zatrzymana też została ofensywa Moskwy – na wiele, wiele lat.

Fot: Bitwa pod Orszą

Historia

prlJeszcze 25 lat temu w jednym z ełckich zakładów pracy było aż 105 i pół etatu.

I pół, bo jedna pani, której praca polegała na zaklejaniu kopert z listami i noszeniu ich na pocztę, zatrudniona była właśnie na część etatu.

A piszę o tym w sumie mało istotnym fakcie, bo wszystkie zakłady pracy owego czasu były z dość liczną załogą, aby na początek wspomnień o PRL-u pokazać, że były to czasy bardzo towarzyskie. Otóż „świętością” niezwykle celebrowaną w poprzedniej epoce było obchodzenie imienin. Każdy, chcąc nie chcąc, miał obowiązek upiec ciasto, ugotować bigos i kompot, a po pracy (lub niekoniecznie po) zorganizować jakiś alkohol. Nikt niczego nie chował po kątach, obowiązywała zasada „zastaw się, a postaw się” i zaraz po porannej kawie zaczynały się w firmie „pielgrzymki” z kwiatami – przy tej ilości pracujących osób – niemal codziennie.

Załoga przez wspólne świętowanie była niezwykle zżyta – nie tak jak dziś, gdy pracując w większej firmie zna się często tylko i wyłącznie osoby siedzące przy sąsiednich biurkach. Wspólna degustacja zbliżała ludzi, rozgrzewała serca i emocje bardziej niż obecnie polityka. Ludzie czuli się swobodniej, bezpieczniej – jak ktoś tracił pracę to niemal automatycznie dostawał nową (był nawet obowiązek pracy). Świat wydawał się prosty. Mieliśmy zdecydowanie więcej czasu dla siebie. Wszyscy żyli znacznie wolniej, spokojniej niż dzisiaj, a już na pewno bardziej rozrywkowo.

To prawda, mało kto tęskni za PRL-em, ale wiele osób tęskni za klimatem tamtych czasów, ich smakiem i zapachem. Dlatego obok słusznej krytyki poprzedniego systemu warto mówić także o zaletach poprzedniej epoki, a przede wszystkim przywołać cudowne wspomnienia z dzieciństwa, które dla obecnego młodego pokolenia wydawać by się mogły groteskowe – bo jak wytłumaczyć i opisać dumę naszych rodziców, gdy wracali do domu z girlandą papieru toaletowego?

Dzisiaj jest zupełnie inaczej. Nagle okazało się, że lody mogą mieć więcej smaków, że pani w sklepie nie musi traktować cię jak intruza. W tym samym sklepie nie uczestniczy się w szaleństwie schwytania jakiejkolwiek zdobyczy, a jedynie w festiwalu wybrzydzania, bo jest tego tak dużo i nie wiadomo co wybrać. Obecnie nawet trochę jest mi przykro jak patrzę na zblazowane towarzystwo naszych dzieci, które wszystko ma i nie potrafi się z niczego cieszyć. Z sentymentem wspominam naszą radość z drobnych rzeczy – komiksu pod choinką, lizaka „duży kwiatek” w prezencie, a nawet programu w telewizji – jak nadawano w TV odcinki „Dynastii” lub „Izaury” to nie było żadnej innej „świętości”. Czas zarezerwowany był tylko dla serialu, inne rzeczy musiały poczekać.

Generalnie uważam, że kultura stała na wysokim poziomie. Były znakomite tygodniki kulturalne i literackie. Telewizja, mimo że tylko dwa programy, też była dobra. Oprócz niezwykle popularnych seriali były znakomite teatry telewizji. Cykle filmowe znanych reżyserów. Kabarety: Smoleń i Laskowik, Pietrzak, Dudek, że już o Kabarecie Starszych Panów nie wspomnę. Jak żyć mówił nam z elektryzującym wzrokiem Kaszpirowski.

W ogóle, poprzednio nie było chłamu powodującego chaos informacyjny w prasie i telewizji. Owszem w dużej mierze była to robota cenzury, braku Internetu i deficytu telewizji informacyjnych, ale nie wiem co lepsze, bo dziś media dosłownie zalewają nas informacyjną papką, z której coraz ciężej jest cokolwiek pozytywnego i prawdziwego wydobyć.

Wspomniałem już o smakach i zapachach – każdy z nas, szczególnie tych wychowanych w latach 80-tych, pamięta gumę do żucia „Donald”, cytrynową oranżadę w proszku … i taką do picia, oranżadę na czystym cukrze lekko barwioną – oczywiście w butelkach zakorkowanych ceramicznym korkiem na drucie. Pamięta także smród wody kolońskiej „Brutal”, albo perfum „Currara”, które czuć było z pięciu metrów i to pod wiatr.

Mimo, że w sklepach było pusto, to wszystko dało się załatwić. Sąsiadka w mięsnym, ciotka znajomego w piekarni, kolega w CPN-ie … Polak ma taka zdolność, że zawsze dostosuje się do trudnych czasów tyle że kiedyś, w PRL-u, tyle nie narzekał jak aktualnie. Uprawianie malkontenctwa jak dzisiaj, jest dosłownie mistrzostwem świata. Wtedy wszyscy mieli mniej więcej po równo, więc trzymali się razem. W najlepsze kwitł system wymiany sąsiedzkiej i koleżeńskiej.

Rarytasem były słodycze. Czekoladę wyrabiało się samemu. Przygotowana mieszanka kakao i masła uparcie nie chciała zastygać, mimo iż chowałem ją w piwnicy, gdzie było chłodniej. Zresztą nie chciało się nawet czekać aż zastygnie. Łapczywie pochłaniało się tłustą i słodką papkę jak jakieś boskie delicje.

Jak człowiek był głodny, szło się na „ogródki działkowe”. Wyciągało marchewkę wprost z ziemi i po wytarciu jej o spodnie pochłaniało w całości bez przejmowania się o zarazki, bakterie i co tam jeszcze tylko siedziało w brudnej ziemi. I chyba mało kto przez to chorował. Nie pamiętam przy tym, aby dorośli mieli depresję, a dzieci alergię, dysleksję, dysgrafię, czy inne dysfunkcje. To były choroby niedostępne dla tamtego pokolenia.

A jak już ktoś miał jakiś problem z psychiką zawsze mógł przelać swoją frustrację na książki skarg i zażaleń. W każdym szanującym się sklepie i lokalu usługowym leżały eksponowane w widocznym miejscu przyciągając wszelkiej maści zwolenników publicznego dzielenia się swoimi zawistnymi myślami. Wpisy typu – poprosiłam o mleko z żółtym kapslem, ale ekspedientka nie chciała mi go sprzedać, tłumacząc, że jest to mleko jutrzejsze, z jutrzejszą data na kapslu, albo – pragnę złożyć dyrekcji podziękowanie za zmianę dawnego personelu z kierownictwem na czele w naszym sklepie. Personel obecny jest fachowy i miły. Odnoszę wrażenie, jakbym był obsługiwany przed wojną – wcale nie były niezwykłością.

Co do żywności – podobno w okresie PRL-u nastąpiły najkorzystniejsze zmiany w jadłospisie Polaków. O ile przed wojną warzywa, owoce, mięso i ryby były rarytasem, o tyle w socjalizmie stały się praktycznie codziennością. Spożycie warzyw wzrosło trzykrotnie, a owoców nawet 12 razy! Ja wiem na pewno, że jedliśmy może mniej wykwintnie, ale na pewno zdrowiej. W mięsie nie było ulepszaczy, konserwantów i innych takich tam, często wędliny robiło się samemu wędząc je i peklując. I mimo, iż żywność w pewnym okresie była na kartki, to każdy znał jakiegoś rolnika, każdy umiał zorganizować ćwiartkę lub połówkę świniaka, a potem go świetnie przyrządzić.

W wakacje jeździło się na biwaki lub do licznych krajowych ośrodków wypoczynkowych. Każdy zakład pracy taki miał. Dziś podąża się w kierunku Grecji, Włoch, Egiptu … Kiedyś wyjazdy zagraniczne nie były tak dostępne, ale nie musiały być, skoro miejsc do wypoczynku w naszym kraju było bez liku. A jak ktoś się uparł, że chce za granicę, to miał do wyboru Bułgarię, Krym albo Balaton na Węgrzech. I też było dobrze, a nawet lepiej, bo wyznacznikiem gościnności nie była ilość zostawionych tam pieniędzy.

Co zostało zaprzepaszczone z dorobku pokolenia naszych rodziców? Władze w PRL-u szczyciły się, że zlikwidowano analfabetyzm. Niestety jak patrzę i słucham niektórych naszych obecnych polityków mam wrażenie, że wysiłek pokolenia naszych rodziców poszedł na marne. Może to wina zmian w edukacji. Kiedyś w szkole nauczycieli szanowano, a nie jak jest dzisiaj, że to nauczyciele się boją uczniów.

Ale czy było lepiej niż dzisiaj? Te czasy były po prostu inne i jak każda epoka miała swoje zalety i wady. Wady zostawmy historykom i publicystom. Nie chciałbym w niniejszym artykule przybliżać ludzkiego dramatu, kiedy po kilku godzinach czekania w kolejce długiej jak obecnie do lekarza specjalisty, oglądało się jedynie półki z octem, bo chleba właśnie zabrakło. Zalety? Trochę wymieniłem, resztę dopowie każdy kto jeszcze pamięta tamte czasy.

Historia Proponowane Społeczeństwo

Hideki TojoPamiętam jak kiedyś na lekcjach historii uczono mnie, że wrogowie zdradziecko napadli na nasz kraj, natomiast nasi królowie zdobywali …

Ewentualnie jak nasi władcy nie zdobywali, to wypadali po kasę, tak jak Mieszko II Lambert słynący z wypraw łupieżczych na Saksonię  po których „trawa nie chciała rosnąć”. Takie niestety były prawa siły, wojny i historii, a punkt oceny takich wydarzeń zależał od tego która strona wojny ów konflikt oceniała. Warto przy tym zwrócić uwagę, że agresor rzadko „bawił się” w dyplomatyczne zawiłości związane z oficjalnym wypowiedzeniem wojny, a prawie nigdy nie zdarzało się, że wypowiedzenie wojny nie zostało przyjęte.

Prawie, bo Polsce się zdarzyło. W 1941 roku Rzeczpospolita wypowiedziała wojnę Japonii, tyle tylko, że Japończycy wypowiedzenia wojny nie przyjęli. Ówczesny premier Japonii – Hideki Tojo (na zdjęciu) – ze spokojem skomentował ten fakt w sposób następujący: Wyzwania Polaków nie przyjmujemy. Polacy, bijąc się o swoją wolność, wypowiedzieli nam wojnę pod presją Wielkiej Brytanii.

Miał rację. Po ataku na Pearl Harbor 7 grudnia 1941 roku państwa europejskie solidaryzując się z USA zdecydowały się wypowiedzieć wojnę Japonii. Jako pierwsza Wielka Brytania, a wraz z nią wszystkie sojusznicze rządy emigracyjne także Polska. Wielu Polaków było jednak zdecydowanie przeciwnych decyzji rządu. W tym gronie znajdował się chociażby internowany w Rumunii minister Józef Beck, który stwierdził: Polska wypowiedziała wojnę Japonii, co – jak widać z perspektywy czasu – nie miało ani większego uzasadnienia, ani przede wszystkim sensu politycznego. Cóż może dać Polsce wypowiedzenie wojny Japonii?

W latach trzydziestych Polska utrzymywała poprawne stosunki z Japonią. Podpisywano traktaty handlowe, współpracowano w kwestii informacji wywiadowczych na temat ZSRR. Co więcej, współpraca wywiadów, skierowana przeciwko Związkowi Sowieckiemu, funkcjonowała nawet po wejściu państw w stan wojny. Kurierzy Polskiego Państwa Podziemnego jeździli po Europie zaopatrzeni w paszporty dyplomatyczne kontrolowanego przez Japończyków państwa Mandżukuo.

Wojna ta pozostała wyłącznie na papierze. Obie strony ani razu nie zmierzyły się w bezpośredniej walce. Wręcz przeciwnie. Polska i Japonia utrzymywały nadzwyczaj dobre stosunki. Polska ambasada funkcjonowała w Tokio do października 1941 roku i została zamknięta dopiero na skutek wyraźnych nacisków Niemiec.

W litewskim Kownie funkcjonowała nawet zorganizowana polsko-japońska siatka wywiadowcza pod kierunkiem konsula japońskiego Chiune Sugihary, porucznika Leszka Daszkiewicza i kapitana Alfonsa Jakubiańca. Sugihara zasłużył się uratowaniem od śmierci ponad sześciu tysięcy Żydów polskiego pochodzenia wydając im, bez zgody swoich szefów, wizy japońskie. Pomoc dla osób narodowości żydowskiej połączyła Polaków i Japończyków.

Wojna miedzy Polską a Japonią formalnie trwała do 1957 roku. Dopiero wówczas podpisano odpowiednie dokumenty.

Więcej: ciekawostkihistoryczne.pl

Historia