Związki zawodowe

8136-lgUczono mnie na studiach, że są dwie śmiertelne choroby niszczące gospodarkę. To nadmierna inflacja i związki zawodowe.

Obserwując ostatnie związkowe marsze, choć pozytywnie zaskoczony – bo było w miarę spokojnie – nie zmieniłem zdania o związkach zawodowych. Uważam, że w obecnej formie nic one nie wnoszą. Nie pomagają pracownikom i dbają tylko i wyłącznie o siebie – o prawa pracowników zdecydowanie lepiej dba Inspekcja Pracy, która już teraz jest aktywna i przede wszystkim skuteczna w tym co robi. Poza tym tam, gdzie ich struktury są zbytnio rozbudowane, nadmiernie obciążają budżet państwa i zakładów pracy.

Przede wszystkim jakoś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że szefostwo związków zawodowych traktuje swoją działalność jako odskocznię do wejścia na szczyty władzy. Populistyczne hasła – o burżuazji „panoszącej” się, o wyzysku robotników … brzmią trochę jak manifest komunistyczny Marksa i Engelsa, i tylko tę tezę potwierdzają. Wszystko co przeszkadza obecnie związkom zawodowym ma raczej charakter polityczny, a nie społeczny. Przykładem ambicji politycznych prominentnych działaczy związkowych jest kariera poprzedniego szefa Solidarności – Janusza Śniadka. Też był trybunem. Też wygrażał rządowi. Dziś, ujawnił swoje prawdziwe oblicze. Jest posłem PiS i wiernie nosi parasol nad prezesem Jarosławem Kaczyńskiem – aby go deszczyk nie zmoczył.

Mówi się o tym, że to związkowcy opuścili obrady Komisji Trójstronnej. Wcale nie jestem tym zdziwiony. To że zerwą, czy też zawieszą dialog było pewne, potrzebowali tylko jakiegoś pretekstu, bo decyzja o wrześniowych marszach zapadła dawno temu. I nikt jakoś szczególnie tego nie ukrywał. Elastyczny czas pracy był tylko świetnym powodem. Powodem sztucznym, bo przecież nie chodziło o dogadanie się, tylko o pokazanie politycznej siły.

Stawiają żądania, które moim zdaniem są nierealne do zrealizowania i w ostatecznym rozrachunku szkodliwe. Protestujące w Warszawie związki zawodowe domagały się m.in.:

– dymisji rządu – zdecydowanie wolałbym, aby rząd ustępował w wyniku demokratycznych wyborów, a nie pod wpływem związkowych awantur,

– ograniczenia zatrudnienia na tzw. umowach śmieciowych – chyba lepiej być zatrudnionym na umowach śmieciowych niż w ogóle nie mieć pracy, a do tego ostatecznie żądania związków w tym zakresie doprowadzą,

– wycofania się ze zmian uelastyczniających czas pracy – przecież w nowym kodeksie pracy wyraźnie jest zapisane, że na takie rozwiązanie w konkretnym zakładzie pracy muszą zgodzić się pracownicy. Poza tym uważam, że elastyczny czas pracy to lepsze rozwiązanie niż przymusowe bezpłatne urlopy,

– ustanowienie trzeciego progu podatkowego dla najbogatszych, aby płacili 50 proc. podatku – jak wprowadzimy taki podatek to „na bank” nasi krezusi uciekną za granicę i nikt nie będzie płacił takiego podatku, takie hasła to tylko populizm,

– wycofanie się z wydłużenia wieku emerytalnego – przy obecnym niżu demograficznym to dla państwa tragedia – bankructwo jak nic. Trzeba będzie ściągać emigrantów, bo przecież ktoś na emerytów musi pracować. Jakoś obecni pracownicy w wieku emerytalnym nie kwapią się do przechodzenia na emeryturę … i słusznie, dzisiaj 60 – 65 letnia osoba to nie żaden „staruszek”, tylko osoba sprawna, która jeszcze bardzo dużo może wnieść w pracy zawodowej. Przy obecnym niżu demograficznym za 15 lat nie będzie komu pracować, nie będzie problemów z takim jak obecnie bezrobociem i będziemy jeszcze prosić emerytów, aby nie odchodzili z zakładów pracy.

Nie muszę chyba także nikomu udowadniać, że żałośnie wygląda jak związkowiec, zarabiający grube tysiące złotych na państwowej, związkowej posadzie, ze smutkiem w głosie mówi o biedzie. Tak jak ten maszynista, związkowiec z PKP „wyciągający” miesięcznie 33 tys. złotych. Jak to wygląda jak rzekomo zdesperowanych, związkowców, zwozi się z całej Polski nowoczesnymi autokarami, zapewnia obiady, a potem dowozi im się na zakąskę np. kurczaki z rożna? To dopiero bieda.

Takich przykładów jakoś szczególnie nie trzeba wyszukiwać. Jest ich pełno. Wystarczy też posłuchać ile rocznie w naszym kraju przeznacza się pieniędzy na związki zawodowe, ile wydaje się na utrzymanie ich stanowisk. I ilu biednym pracownikom można pomóc za tę kasę. Podam może tylko, iż W Jastrzębskiej Spółce Węglowej (JSW) etatowych związkowców jest 75, a w miedziowej spółce KGHM – 43. Żadnego z nich nie można zwolnić. Na utrzymanie związków KGHM płaci ponad 10 mln złotych rocznie, Kompania Węglowa – niemal 30 mln, JSW – prawie 12 mln złotych. Pieniądze idą głównie na wynagrodzenia. Szkoda, że nie na podwyżki pensji zwykłych pracowników.

I jeszcze – badania przeprowadzone w 2000 roku w dwudziestu krajach OECD, w tym w Polsce, dowodzą, że „związki zawodowe i ich nomenklatura fatalnie wpływają na kondycję ekonomiczną przedsiębiorstw. Aż 88 proc. firm, w których nie ma związków zawodowych, osiąga mniej więcej o 15 proc. lepsze wyniki finansowe niż spółki uzwiązkowione.” Ponadto „obrona praw socjalnych pracujących przez organizacje zawodowe podwyższa koszty pracy o 25-30 proc. i w efekcie o 10-15 proc. obniża konkurencyjność firm.” Zjawisko to ma fatalny wpływ na całą gospodarkę.

Niemniej uważam, że związki zawodowe są potrzebne, ale jako małe organizacje społeczne, tworzone tylko i wyłącznie na poziomie zakładów pracy i przedsiębiorstw. Związki, które nie mają potężnych central oraz przywilejów obciążających budżety pracodawców. Takie właśnie organizacje powinny być wspierane i wyposażane w instrumenty prawne. O prawa pracowników w parlamencie powinny także walczyć partie polityczne. Jeżeli chcą poparcia niech dostosują swoje programy wyborcze i dbają o lepsze prawo dla zwykłych obywateli.