Wspomnienie PRL-u

prlJeszcze 25 lat temu w jednym z ełckich zakładów pracy było aż 105 i pół etatu.

I pół, bo jedna pani, której praca polegała na zaklejaniu kopert z listami i noszeniu ich na pocztę, zatrudniona była właśnie na część etatu.

A piszę o tym w sumie mało istotnym fakcie, bo wszystkie zakłady pracy owego czasu były z dość liczną załogą, aby na początek wspomnień o PRL-u pokazać, że były to czasy bardzo towarzyskie. Otóż „świętością” niezwykle celebrowaną w poprzedniej epoce było obchodzenie imienin. Każdy, chcąc nie chcąc, miał obowiązek upiec ciasto, ugotować bigos i kompot, a po pracy (lub niekoniecznie po) zorganizować jakiś alkohol. Nikt niczego nie chował po kątach, obowiązywała zasada „zastaw się, a postaw się” i zaraz po porannej kawie zaczynały się w firmie „pielgrzymki” z kwiatami – przy tej ilości pracujących osób – niemal codziennie.

Załoga przez wspólne świętowanie była niezwykle zżyta – nie tak jak dziś, gdy pracując w większej firmie zna się często tylko i wyłącznie osoby siedzące przy sąsiednich biurkach. Wspólna degustacja zbliżała ludzi, rozgrzewała serca i emocje bardziej niż obecnie polityka. Ludzie czuli się swobodniej, bezpieczniej – jak ktoś tracił pracę to niemal automatycznie dostawał nową (był nawet obowiązek pracy). Świat wydawał się prosty. Mieliśmy zdecydowanie więcej czasu dla siebie. Wszyscy żyli znacznie wolniej, spokojniej niż dzisiaj, a już na pewno bardziej rozrywkowo.

To prawda, mało kto tęskni za PRL-em, ale wiele osób tęskni za klimatem tamtych czasów, ich smakiem i zapachem. Dlatego obok słusznej krytyki poprzedniego systemu warto mówić także o zaletach poprzedniej epoki, a przede wszystkim przywołać cudowne wspomnienia z dzieciństwa, które dla obecnego młodego pokolenia wydawać by się mogły groteskowe – bo jak wytłumaczyć i opisać dumę naszych rodziców, gdy wracali do domu z girlandą papieru toaletowego?

Dzisiaj jest zupełnie inaczej. Nagle okazało się, że lody mogą mieć więcej smaków, że pani w sklepie nie musi traktować cię jak intruza. W tym samym sklepie nie uczestniczy się w szaleństwie schwytania jakiejkolwiek zdobyczy, a jedynie w festiwalu wybrzydzania, bo jest tego tak dużo i nie wiadomo co wybrać. Obecnie nawet trochę jest mi przykro jak patrzę na zblazowane towarzystwo naszych dzieci, które wszystko ma i nie potrafi się z niczego cieszyć. Z sentymentem wspominam naszą radość z drobnych rzeczy – komiksu pod choinką, lizaka „duży kwiatek” w prezencie, a nawet programu w telewizji – jak nadawano w TV odcinki „Dynastii” lub „Izaury” to nie było żadnej innej „świętości”. Czas zarezerwowany był tylko dla serialu, inne rzeczy musiały poczekać.

Generalnie uważam, że kultura stała na wysokim poziomie. Były znakomite tygodniki kulturalne i literackie. Telewizja, mimo że tylko dwa programy, też była dobra. Oprócz niezwykle popularnych seriali były znakomite teatry telewizji. Cykle filmowe znanych reżyserów. Kabarety: Smoleń i Laskowik, Pietrzak, Dudek, że już o Kabarecie Starszych Panów nie wspomnę. Jak żyć mówił nam z elektryzującym wzrokiem Kaszpirowski.

W ogóle, poprzednio nie było chłamu powodującego chaos informacyjny w prasie i telewizji. Owszem w dużej mierze była to robota cenzury, braku Internetu i deficytu telewizji informacyjnych, ale nie wiem co lepsze, bo dziś media dosłownie zalewają nas informacyjną papką, z której coraz ciężej jest cokolwiek pozytywnego i prawdziwego wydobyć.

Wspomniałem już o smakach i zapachach – każdy z nas, szczególnie tych wychowanych w latach 80-tych, pamięta gumę do żucia „Donald”, cytrynową oranżadę w proszku … i taką do picia, oranżadę na czystym cukrze lekko barwioną – oczywiście w butelkach zakorkowanych ceramicznym korkiem na drucie. Pamięta także smród wody kolońskiej „Brutal”, albo perfum „Currara”, które czuć było z pięciu metrów i to pod wiatr.

Mimo, że w sklepach było pusto, to wszystko dało się załatwić. Sąsiadka w mięsnym, ciotka znajomego w piekarni, kolega w CPN-ie … Polak ma taka zdolność, że zawsze dostosuje się do trudnych czasów tyle że kiedyś, w PRL-u, tyle nie narzekał jak aktualnie. Uprawianie malkontenctwa jak dzisiaj, jest dosłownie mistrzostwem świata. Wtedy wszyscy mieli mniej więcej po równo, więc trzymali się razem. W najlepsze kwitł system wymiany sąsiedzkiej i koleżeńskiej.

Rarytasem były słodycze. Czekoladę wyrabiało się samemu. Przygotowana mieszanka kakao i masła uparcie nie chciała zastygać, mimo iż chowałem ją w piwnicy, gdzie było chłodniej. Zresztą nie chciało się nawet czekać aż zastygnie. Łapczywie pochłaniało się tłustą i słodką papkę jak jakieś boskie delicje.

Jak człowiek był głodny, szło się na „ogródki działkowe”. Wyciągało marchewkę wprost z ziemi i po wytarciu jej o spodnie pochłaniało w całości bez przejmowania się o zarazki, bakterie i co tam jeszcze tylko siedziało w brudnej ziemi. I chyba mało kto przez to chorował. Nie pamiętam przy tym, aby dorośli mieli depresję, a dzieci alergię, dysleksję, dysgrafię, czy inne dysfunkcje. To były choroby niedostępne dla tamtego pokolenia.

A jak już ktoś miał jakiś problem z psychiką zawsze mógł przelać swoją frustrację na książki skarg i zażaleń. W każdym szanującym się sklepie i lokalu usługowym leżały eksponowane w widocznym miejscu przyciągając wszelkiej maści zwolenników publicznego dzielenia się swoimi zawistnymi myślami. Wpisy typu – poprosiłam o mleko z żółtym kapslem, ale ekspedientka nie chciała mi go sprzedać, tłumacząc, że jest to mleko jutrzejsze, z jutrzejszą data na kapslu, albo – pragnę złożyć dyrekcji podziękowanie za zmianę dawnego personelu z kierownictwem na czele w naszym sklepie. Personel obecny jest fachowy i miły. Odnoszę wrażenie, jakbym był obsługiwany przed wojną – wcale nie były niezwykłością.

Co do żywności – podobno w okresie PRL-u nastąpiły najkorzystniejsze zmiany w jadłospisie Polaków. O ile przed wojną warzywa, owoce, mięso i ryby były rarytasem, o tyle w socjalizmie stały się praktycznie codziennością. Spożycie warzyw wzrosło trzykrotnie, a owoców nawet 12 razy! Ja wiem na pewno, że jedliśmy może mniej wykwintnie, ale na pewno zdrowiej. W mięsie nie było ulepszaczy, konserwantów i innych takich tam, często wędliny robiło się samemu wędząc je i peklując. I mimo, iż żywność w pewnym okresie była na kartki, to każdy znał jakiegoś rolnika, każdy umiał zorganizować ćwiartkę lub połówkę świniaka, a potem go świetnie przyrządzić.

W wakacje jeździło się na biwaki lub do licznych krajowych ośrodków wypoczynkowych. Każdy zakład pracy taki miał. Dziś podąża się w kierunku Grecji, Włoch, Egiptu … Kiedyś wyjazdy zagraniczne nie były tak dostępne, ale nie musiały być, skoro miejsc do wypoczynku w naszym kraju było bez liku. A jak ktoś się uparł, że chce za granicę, to miał do wyboru Bułgarię, Krym albo Balaton na Węgrzech. I też było dobrze, a nawet lepiej, bo wyznacznikiem gościnności nie była ilość zostawionych tam pieniędzy.

Co zostało zaprzepaszczone z dorobku pokolenia naszych rodziców? Władze w PRL-u szczyciły się, że zlikwidowano analfabetyzm. Niestety jak patrzę i słucham niektórych naszych obecnych polityków mam wrażenie, że wysiłek pokolenia naszych rodziców poszedł na marne. Może to wina zmian w edukacji. Kiedyś w szkole nauczycieli szanowano, a nie jak jest dzisiaj, że to nauczyciele się boją uczniów.

Ale czy było lepiej niż dzisiaj? Te czasy były po prostu inne i jak każda epoka miała swoje zalety i wady. Wady zostawmy historykom i publicystom. Nie chciałbym w niniejszym artykule przybliżać ludzkiego dramatu, kiedy po kilku godzinach czekania w kolejce długiej jak obecnie do lekarza specjalisty, oglądało się jedynie półki z octem, bo chleba właśnie zabrakło. Zalety? Trochę wymieniłem, resztę dopowie każdy kto jeszcze pamięta tamte czasy.