W kolejce u lekarza

MarudaPowiało nowoczesnością. Pomijając fakt, iż wizytę wyznaczono mi z terminem kilkumiesięcznym, to wydawało się, że koszmar całego dnia spędzonego w poczekalni przed gabinetem lekarza jest już tylko niemiłym wspomnieniem.

Niezwykle sympatyczna pani w recepcji szpitala kilka razy wyjaśniała mi, że wizytę mam na godzinę dziesiątą rano, numer szósty i pod żadnym pozorem nie wolno mi przychodzić ani wcześniej, ani później tylko o wyznaczonym czasie. Zrozumiałem za pierwszym razem, ale ona uparcie … proszę pamiętać, proszę się dostosować.

Tak jest! – odpowiedziałem i zgodnie z poleceniem zameldowałem się przed gabinetem numer 29 po czterech miesiącach o godzinie dziewiątej minut czterdzieści pięć. W pierwszym odruchu cofnąłem się jednak. Koszmar powrócił. Przed gabinetem było chyba z trzydzieści osób. O matko! – pomyślałem, to jakieś sześć godzin czekania.

Jak każda długa kolejka miała swojego wodzireja. Śmieszny pan, lat około sześćdziesięciu, najwidoczniej brylował pośród licznych swoich rówieśników. Tragedia, tragedia – mówił – w jakim kierunku ten kraj zmierza. Gdzie moralność z dawnych lat, gdzie szacunek do innego człowieka. Co ten Tusk zrobił – oburzał się – a wie pani – mówił nie wiadomo do której – że już nam nawet płeć chcą zmieniać. Już nie długo nie będę mężczyzną, a pani kobietą, tylko nie wiadomo czym. I tak będą w dokumentach pisać. „Ono”. To skandal, tak źle jeszcze nie było. Gdzie jakiekolwiek zasady? 

Monolog o moralności trwał, lecz ja na szczęście przypomniałem sobie – mam karteczkę! Numer szósty, a nie trzydziesty szósty! Grzecznie więc zapytałem: przepraszam, kto ma numer piąty? Odpowiedziała mi cisza. Co prawda jakaś pani chciała chyba powiedzieć, że tak ja mam, ale spojrzała na śmiesznego pana i nie była w stanie wydusić z siebie czegokolwiek. Powtórzyłem pytanie, ale efekt ten sam. Cisza.

A czego się pan dopytujesz? – śmieszny pan zmierzył mnie lodowatym spojrzeniem.  Grzecznie mu tłumaczę, że miła pani w recepcji wyjaśniła, że są zasady, żeby się dostosować … co mi tu pan wyjeżdżasz z zasadami – warknął – tu nie ma żadnych zasad. Kto pierwszy ten lepszy. Siadaj pan i czekaj na swoją kolej! No zaraz – mówię raz jeszcze – skoro lekarz coś ustalił, to trzeba się dostosować. Jakieś zasady muszą być. Panie – odpowiedział – kogo obchodzą jakieś zasady. Teoria, a praktyka w naszym kraju to dwie różne rzeczy. Już nie odpowiedziałem, bo po co. Z takimi ludźmi się nie dyskutuje. Oni i tak wiedzą najlepiej. Wkrótce okazało się nawet, że gość w ogóle nie był zarejestrowany w tym dniu do lekarza.

Przykre jest, że to właśnie przez takich ludzi, jak ten śmieszny pan, często nie obowiązują żadne zasady. To ludzie, którzy z frazesami o moralności i prawdy na ustach postępują dokładnie odwrotnie, terroryzując przy tym wszystkich słabszych.