Tag: polecane

12243054_10153355135008722_5406435676121314587_nU nas na osiedlu kodeks był prosty. Silniejsi rządzili, mieli pierwszeństwo w dostępie do boiska, waty cukrowej, hydrantu z wodą, podwórkowej ławki, kolejki do lodów i właściwie do wszystkiego co im przyszło do głowy, że warto było to mieć.

Słabsi, a właściwie głupsi musieli czekać na swoją szansę jak pies przy stole liczący, że jakieś resztki spadną, że „dobry pan” wyciągnie rękę i podzieli się swoim dobrobytem.

Jednakże silni i mądrzy, pewni siebie, często zapominają, że ustalony porządek osiedla nie jest wieczny. Rodzi czasem ludzi niebezpiecznych – pozbawionych znaczących zalet, ale nadmiernie, a wręcz chorobliwie ambitnych. Dobrze, gdy za ambicjami idzie ciężka praca, dzięki której można w końcu przebić się w hierarchii osiedlowej, postawić ponad silniejszymi, ba nawet ich sobie podporządkować, wykorzystać ich mądrość, a potem prowadzić „podwórko” ku lepszej przyszłości.

Gorzej, gdy za ambicją nie idzie inteligencja, życiowy rozsądek, a jedynie puste przeświadczenie o własnej wyższości. Zrzuca się wówczas wszystkie winy świata na niesprawiedliwość losu – za to, że jest się cherlawym chłopaczkiem, który ledwo, z wysiłkiem podnosi własne buty, za to, że nie jest się w stanie przeciwstawić władcom osiedla – bo są silniejsi i trochę mądrzejsi. Pozostaje wówczas cierpliwie czekać na życiową okazję, na swoje pięć minut, siedząc z podobnymi sobie gdzieś w piwnicy, snując wspólnie plany o przyszłej potędze, łykając sterydy i inne dopalacze mające z czasem wyrównać życiowe możliwości.

Jednak, gdy się czeka zbyt długo pojawia się frustracja. Frustracja pobudzała nienawiść, nienawiść chęć zemsty, potrzebę udowodnienia, iż dotychczas życie było niesprawiedliwe, a tylko przypadek zrządził, o tym kto na osiedlu lał, a kto był lany. Pragnienie odegrania się jest zawsze motorem napędowym dla determinacji, cierpliwości w znoszeniu często wyimaginowanych krzywd i umiejętności przetrwania do chwili, gdy życie wreszcie obwieści – teraz k… wy! Bierzcie kij i napierd …, za wasze zniewagi, za lata upokorzeń i cierpień.

Czas szybko mija, więc ten moment na osiedlu wreszcie przyszedł. Stara banda poszła w rozsypkę. Jedni podrośli, uspokoili się, tak jak Darek, który wyjechał do pracy za granicę. Paru się rozpiło, tak jak Mirek, który pracuje gdzieś na budowie, a po pracy interesuje go tylko piwo i „rolnik szuka żony”. Grzegorz skłócony ze wszystkimi w ogóle nie wychodzi z domu planując czort wie co. Hanka odkryła powołanie w kuchni i zajmuje się swoim gospodarstwem domowym. Ewa rozczarowana nieszczęśliwą miłością leczy depresję … Nikt z nikim już nie rozmawia, nie spotyka się na ławce. Wszyscy mówią, że trzeba się w końcu pozbierać, ale tak naprawdę nikomu się już nic nie chce i nie ma żadnych perspektyw, żeby kiedykolwiek się zachciało.

Skoro ci mądrzejsi „wypadli” to chłopaki z piwnicy wyczuli szansę na przejęcie osiedla. Wyleźli na zewnątrz z tym swoim świętym wkurwem, aby pokazywać wszystkim, co teraz mogą. Już malują sprayem po ścianach, już tłuką szyby i rysują samochody. Demolują wszystko to co zrobili poprzednicy – nie ma już huśtawki, zaraz rozp … piaskownicę, a stara ławka przyda się na rozpałkę, gdy będą palić osiedlową szopę.

Żyją na maksa z przekonaniem, że teraz, wreszcie, nareszcie wszystko im wolno, a gdy ktoś nieopatrznie zaprotestuje, mówią ze śmiechem „bo co nam teraz ku… zrobicie?” Podniecają się jadowitą satysfakcją, że w końcu role się odwróciły i nakręceni w chorobliwym amoku planują kogo jeszcze warto dorwać, aby poznał ból ich zemsty.

Dlatego sklepowa, która nie chciała dawać na krechę, boi się wychodzić z domu, nauczycielka, której po prostu nie lubili jest na chorobowym, a stary Cygan przezornie zwiał do Anglii, bo łatwo odgadł, że ciemniejszy kolor skóry jest wystarczającym pretekstem do solidnego łomotu.

Czas spokoju na osiedlu dobiegł do końca. Nawet ci, co do tej pory wspierali chłopców z piwnicy – bo w sumie ładnie mówili i nawet czasem budzili sympatię, bo zawsze kibicuje się tym słabszym – teraz muszą mieć się na baczności. Ich też nie oszczędzi huragan osiedlowej sprawiedliwości. To tylko kwestia czasu.

Inne Proponowane

i1129071Jeremy Clarson, była już gwiazda BBC, zauważył: Nasz rząd to banda idiotów. Chcą żebyśmy kupowali jak najwięcej nowych samochodów. Potem płacili VAT, potem podatek, potem podatek od VAT-u, potem podatek od VAT-u i od paliwa. A no końcu mówią nam żebyśmy do pracy jeździli autobusami …

Cytat, moim zdaniem, w cudowny sposób oddaje mentalność podatkową, jej zawiłość, często pozorną bezsensowność skierowaną jednakże na skuteczność zwiększania wpływów do budżetu państwa. Dlatego nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem o „idiotach”, bo podatek VAT, to z punktu widzenia skarbu państwa podatek doskonały, umożliwiający zwiększanie wpływów do budżetu państwa chociażby tylko poprzez odpowiednie interpretowanie przepisów.

Konstrukcja VAT z definicji jest wręcz banalna. VAT, czyli podatek od wartości dodanej, płaci konsument, czyli każdy z nas. Sprzedawca po prostu dolicza odpowiedni podatek do ostatecznej ceny, my to płacimy, a on musi go tylko przekazać urzędowi skarbowemu. Proste? Jak konstrukcja cepa … W praktyce jednak, delikatnie mówiąc, stwarza niemałe i drażniące problemy.

I nie tylko dlatego, że płacimy za towar więcej niż moglibyśmy. Niuanse doprowadzające do płacenia podatku od podatków są wręcz „przecudne”. Przykład – oto odpowiednie zapisy ustawy, a konkretnie z art. 29a ust. 6 ustawy o VAT mówi nam, iż podstawa opodatkowania obejmuje podatki, cła, opłaty i inne należności o podobnym charakterze, z wyjątkiem kwoty samego podatku od towarów i usług. Co to oznacza? Świetnie wiedzą ci, którzy sprowadzili samochód z zagranicy. W pierwszej kolejności zapłacili cło, a następnie, od powiększonej o nie wartości – akcyzę. Następnie od kwoty powiększonej o cło i akcyzę trzeba uiścić VAT.

Komentarz? No cóż, takie jest życie, są owce i Ci co je strzygą. W tym przypadku „fryzjerem” jest fiskus.

Nas to wkurza, bo płacimy, ale dla przedsiębiorcy połapać się w tym najprostszym i „przyjaznym” dla nich  wydawałoby się podatku, to istne „mistrzostwo świata”.

Sprawdzając dowolny niemal przepis ustawy o VAT poruszamy się odbijając od kolejnych przepisów. Kolejny przykład – art. 17 ust. 3: W przypadkach wymienionych w art. 27 ust. 3 przepis ust. 1 pkt. 4 stosuje się, jeżeli usługobiorcą jest podatnik, o którym mowa w art. 15, posiadający siedzibę, stałe miejsce prowadzenia działalności lub stałe miejsce zamieszkania na terytorium kraju. Artykuł 27 ust. 3 odsyła nas do ust. 4, ten do Klasyfikacji wyrobów i Usług (i to do kilku jej punktów) oraz do osobnego rozporządzenia. Z kolei, aby sprawdzić, czy mowa o nas w art. 15, musimy sięgnąć do ustawy o podatku dochodowym, która zaprowadzi nas jeszcze dalej, do nowych przepisów z następnych ustaw, uzupełnionymi przepisami z rozporządzeń i szczegółowych wyjaśnień oraz interpretacji prawnych oraz urzędniczych, które z „łatwością” odszukamy w „milionach” miejsc i fachowych, podatkowych zakamarkach.

Jednakże przebrnięcie przez ten prawniczy „bełkot” to „pikuś”. Potem pojawia się doskonałe pytanie o stosowaną stawkę. I znowu, teoretycznie prosta sprawa. Mamy stawkę podstawową – 23 proc, obniżoną – 8 proc. stawkę. 0 proc na usługi zwolnione i dodatkowo – 3 proc. na produkty rolne. No tak, ale … do jakiej grupy należy sprzedawany przez nas towar czy usługa? Czy książka, na której jest logo sponsora, może być po prostu książką – 0 proc. albo usługą sponsoringu – 23 procent? Zastosujemy wyższą stawkę nie musimy obawiać się kontrolującego nas urzędnika, ale klient pójdzie do konkurencji. Jeśli zastosujemy niższą stawkę, może i sprzedamy towar, ale musimy liczyć na szczęście podczas kontroli urzędu skarbowego. Aż strach odliczać VAT! Człowiek chcąc się w tym połapać chodzi jak błędna ow­ca, a błąd kosztuje drogo.

A to nie koniec. Bo przecież nie zawsze czarne jest czarne, a białe jest białe. No chyba, że jest się owcą. Bo przykładowo czym jest ciężarówka? Jej definicje zmieniały się wielokrotnie – mieliśmy już samochody z kratką, później sprzedawano niewielkie auta ze zwiększoną tylko o pięć kilko ładownością, teraz na ulicach licznie pojawiły się auta terenowe. Całe te kombinowanie wynika stąd, że od zakupu auta osobowego nie można odliczyć całego VAT (a to przecież nie mała kwota), a później jeszcze nie możemy odliczyć ceny kupowanej do niego benzyny.

Ciekawa jest szczegółowa interpretacja przepisów narzucana przez Ministerstwo Finansów. W Internecie znalazłem taki przykład – MF nakazuje od posiłków w restauracji naliczać 23 proc. VAT. Dotychczas posiłek był objęty 8 proc. stawką, a pełny podatek płaciliśmy tylko od spożywanych przy okazji obiadu napojów. Teraz klient, który zamówi do obiadu jakikolwiek napój, zapłaci 23 proc. podatku od … całego zamówienia! Jeśli wycieczka 100 osób zamówi 100 dań, a tylko jedna z nich poprosi o coś do picia, to wszyscy zapłacą 23 zamiast 8 proc. VAT. Nowy sposób interpretowania istniejących przepisów ma oczywiście przynieść kolejne miliony do budżetu państwa.

Płacąc podatki często czujemy się jak zagubiona owcą, którą ktoś ostrzygł ze wszystkiego co faj­ne, za­nim na dob­re wy­rosło. Należy jednakże pamiętać, iż dobry pasterz strzyże swoje owce, a nie obdziera ze skóry. Ale jaki my podatnicy mamy wybór?

Podsumujmy to cytatem z książki Leonie Swann: Przybite owce wymieniły spojrzenia. I na przekór wszystkiemu znowu zaczęły się paść. Chciały pokazać, jak cudowne i proste i cudownie bezmyślne może być owcze życie. Bo co nam pozostało?

Gospodarka Proponowane

Przedwojenne boisko przy ulicy Sportowej zaraz po II Wojnie Światowej nie nadawało się do rozegrania pierwszego w polskim Ełku meczu piłki nożnej.

Zawalony most na wąskim torze skutecznie spiętrzył wody rzeki Ełk i nic dziwnego, że leżące nad nią boisko znajdowało się pod wodą. Nie był zresztą to jedyny taki przypadek w historii miasta. Zdarzało się tak i później, że piłkarze Mazura nie mieli gdzie grać, bo na boisku stała woda – na terenach zalewowych tak po prostu czasem bywa.

Dlatego też pierwszy mecz rozegrano przy ulicy Gdańskiej, w miejscu, gdzie jeszcze kilkanaście lat wcześniej odbywał się handel bydłem, a później znajdowała się targowica miejska. Miejsce to przeszło także do historii w roku 1932, kiedy to wielotysięczny tłum entuzjastycznie witał tam Adolfa Hitlera.

To przy ulicy Gdańskiej 1 maja 1946 roku Kolejowy Klub Sportowy, w składzie J. Michalecki, M. Jabłoński, K. Białecki, K. Dulewicz, T. Zawko, W. Kawaler, R. Ejsmond oraz z legendarnym już w naszym mieście Stefanem Marcinkiewiczem, rozegrał swój pierwszy mecz – z żołnierzami z Wojskowego Klubu Sportowego „Mazur”. Wojskowi udzielili niezłej lekcji futbolu „raczkującemu” klubowi wygrywając z „klejarzami” 9:2.

Do lipca 1946 roku udało się udrożnić rzekę i przygotować boisko przy ulicy Sportowej. Stało się to okazją do zorganizowania uroczystego otwarcia tego boiska i rozegrania pierwszego oficjalnego meczu. W przeddzień rocznicy bitwy pod Grunwaldem, ełczanie gościli drużynę KS „Warmia” z Grajewa. Warto przypomnieć, iż pierwszy mecz na ulicy Sportowej był jednocześnie pierwszą oficjalną po wojnie imprezą w naszym mieście. Inauguracja okazała się szczęśliwa dla miejscowej drużyny, która bardzo niegościnnie wygrała z przyjezdnymi 3:0. Autorem wszystkich goli był Stefan Marcinkiewicz.

Stefan Marcinkiewicz był przez następną dekadę jednym z lepszych ełckich piłkarzy. Karierę zakończył w roku 1955, do tego czasu rozegrał ponad 100 ligowych meczów. Po zakończeniu gry nie rozstał się z piłką nożną i rozpoczął pracę trenerską. Przez ponad 10 lat pracował jako trener pierwszej drużyny Mazura Ełk, potem, aż do śmierci w 2003 roku z młodzieżą.

Pod jego wodzą, Mazur zdobył cztery razy Puchar Polski na szczeblu Województwa Białostockiego, a dwa razy uczestniczył w finale. Jego wychowankami było setki ełckich piłkarzy – w tym wielu naprawdę bardzo dobrych. Wystarczy wspomnieć znane w Ełku postacie: A. Remiszewski, A. Zientarski, J. Tetiuk, J. Jackowski, M. Sadowski, A. Walczuk, T. Skorupa, J. Michalczyk, R. Karpowicz, T. Bułakowski, M. Kotarski, T. Kotewski, M. Szymański.

Jeszcze w roku 1946 drużynę Ełczan zgłoszono do oficjalnych rozgrywek piłkarskich. Była to walka o wejście do A-klasy. „Kolejarze” trafili do grupy III razem z dwoma zespołami z Suwak oraz dwiema drużynami wojskowych – wspomnianym już WKS „Mazur”, który utworzony został przy 62 pułku piechoty stacjonującego w Ełku i „Artylerzystą” Ełk, zespołem działającym przy 54 pułku artylerii. KKS Ełk zajął w tej rywalizacji trzecie, premiowane awansem miejsce. Pierwszy sezon A-Klasy piłkarze z Ełku ukończyli na przyzwoitym piątym miejscu.

Zdjęcie: Kolejarz (Mazur) Ełk po zwycięstwie w Mistrzostwach Okręgu Białostockiego w 1954 roku. Stefan Marcinkiewicz trzeci od lewej w górnym rzędzie.

Fot: elk.wm.pl

Historia Proponowane Sport

czb41-600x250Aby w jakiejś dziedzinie sportu przedstawiciele naszego miasta osiągali sukcesy musi zostać spełniony przynajmniej jeden, ale podstawowy warunek.

Musi znaleźć się osoba, zapaleniec – trener, który poza umiejętnościami sportowymi, talentem pedagogicznym, będzie działać z zaraźliwym entuzjazmem. Wówczas o wyniki jego podopiecznych możemy być spokojni.

Ełckie judo miało to szczęście, że na początku historii tej dyscypliny sportu w naszym mieście znalazły się aż dwie takie osoby. To Anatol Adamiuk i Jerzy Ćwiek.

Judo w Ełku zaczęto uprawiać w roku 1979 w klubie MKS Żak. Stało się to za sprawą Anatola Adamiuka. Szkoleniowiec osiągnął znaczne sukcesy szkoleniowe – w szczególności w pracy z kobietami. To właśnie panie jako pierwsze w regionie walczyły o czołowe lokaty Mistrzostw Polski. W 1981 roku Ewa Mudel i Bożena Zakrzewska zajęły punktowane miejsca z zawodach rangi mistrzowskiej.

W roku 1984 „rozwiązał się” medalowy worek dokonań klubu. Pierwszy historyczny medal dla klubu wywalczyła podopieczna Adamiuka – Bożena Misiewicz. Zdobyła brąz na Mistrzostwach Polski Juniorów Młodszych. Dwa lata później objawił się nieprzeciętny talent, być może najlepszej zawodniczki w historii Żaka – Agnieszki Harmuszkiewicz. Na Ogólnopolskich Igrzyskach Młodzieży Szkolnej w wadze do 52 kg nie miała sobie równych, wygrywając zawody bezapelacyjnie.

Zawodniczka ta zdobywała później dwukrotnie brązowe medale Mistrzostw Polski Juniorów (1985 i 1988), a w roku 1989 wywalczyła srebro. Z powodzeniem rywalizowała także na Mistrzostwach Polski Seniorów – m.in. w roku 1989 zajęła 5-6 miejsce. Pod koniec lat 80-tych była w ścisłej czołówce najlepszych seniorek kraju w swojej kategorii wagowej.

Sukcesy Agnieszki Harmuszkiewicz motywowały do pracy inne ełckie zawodniczki, które już pod przewodnictwem trenera Ćwieka zdobywały kolejne medale. W 1989 roku na Mistrzostwach Polski Juniorów brąz wywalczyła Kamila Orłowska, a dwa lata później w dobrym stylu srebro zdobyła Anna Budziejko.

Począwszy od lat 80-tych na krajowych matach zaczęli „straszyć” rywali także panowie. Po medale w mistrzowskich zawodach sięgali wówczas kolejno: Krzysztof Adamczyk, Leszek Mięczkowski, Jarosław Urban i Robert Ramotowski. Na przełomie lat 80-tych i 90-tych zawodnicy Żaka byli jedynymi judokami z regionu, którzy występowali na Mistrzostwach Polski Seniorów. W roku 1994 w wadze do 60 kg świetnie wystartował Maciej Kołowski, któremu zabrakło tylko trochę szczęścia aby odnieść większy sukces – ostatecznie uplasował się na też bardzo dobrym 9 miejscu.

To były tylko początki sukcesów klubu MKS Żak Ełk. Od II połowy lat 90-tych sukcesów i znakomitych występów ełckich judoków tylko przybywało. Obaj zasłużeni pierwsi trenerzy pozostawili po sobie znakomitych wychowanków – szkoleniowców, którzy obecnie tworzą potęgę klubu. Wystarczy prześledzić osiągnięcia chociażby trenerów Jarosława UrbanaPawła Urbana czy Krzysztofa Sosnowskiego.

Co teraz w tym zasłużonym i coraz lepszym klubie słychać? Zachęcam do odwiedzenia strony internetowej i Facebook-owej klubu MKS Żak Ełk.

Fot: http://judoelk.pl/

Historia Proponowane Sport

RysWybory samorządowe powinny odbywać się nie na raz na cztery lata, a co roku!

Dlaczego? Bo zwykle, tuż przed wyborami, wszystko dostaje cudownego przyspieszenia.

W ostatnim miesiącu przed wyborami mnożą się jak grzyby po deszczu uroczystości związane z zakończeniem i otwarciem obiecanych przed laty inwestycji.

Tuż przed wyborami sprawy niemożliwe stają się możliwe, a radni, którzy totalnie olewali nas przez trzy i pół roku teraz wysłuchują naszych próśb z nieudawanym zainteresowaniem – a zamiast rozkładania rąk w geście bezradności, pełni optymizmu i entuzjazmu zapewniają, że wszystko da się zrobić.

Zostało jeszcze półtora miesiąca do wyborów samorządowych, więc nie czekajcie! Spieszcie się ze swoimi postulatami, żądajcie, proście, bo po wyborach wszystko wróci do normy.

Polityka Proponowane Samorząd