Tag: ludzie

Jak ocenia Pani pierwsze miesiące funkcjonowania dziennika elektronicznego?

Pracę z systemem kontroli frekwencji i postępów w nauce, bo tak naprawdę nazywa się dziennik elektroniczny funkcjonujący w naszej szkole, rozpoczęliśmy może trochę nietypowo, bo w kwietniu 2012 roku. Czas ubiegłego roku szkolnego poświęciliśmy na nauczenie się systemu, na opracowanie własnych rozwiązań niektórych kwestii organizacyjnych. W tym czasie dziennik elektroniczny funkcjonował tylko wśród nauczycieli Zespołu Szkół nr 2 w Ełku, nie mieli do niego dostępu ani uczniowie, ani rodzice. W związku z tym maj i czerwiec to miesiące prób i czas oswajania systemu.

Od 1 września 2012 roku wdrożyliśmy dziennik elektroniczny w Zespole Szkół nr 2 im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego w Ełku w pełnym zakresie przygotowując się do odejścia od dzienników papierowych. Na pierwszej, wrześniowej wywiadówce udostępniliśmy uczniom i ich rodzicom dostęp do e-dziennika w zakresie podstawowym.

Jestem przekonana o tym, że funkcjonujący w naszej szkole system kontroli frekwencji i postępów w nauce spełnia wszystkie wymagania dokumentowania pracy szkoły od strony dziennika lekcyjnego, może działać i widać już, że działa motywująco zarówno na uczniów, jak i nauczycieli, znacznie ułatwia zbieranie i opracowywanie danych statystycznych opartych na danych zapisywanych w dzienniku lekcyjnym.

Myślę, że wdrażanie systemów informatycznych w różnych dziedzinach życia wymusza na nas wszystkich czas, w którym żyjemy, także powszechne wprowadzanie e-dzienników jest kwestią czasu. My mamy to już za sobą. Myślę, że już teraz zalety tego systemu dostrzegają wszyscy jego użytkownicy: zarówno nauczyciel, rodzice jak i uczniowie.

Szkoła musiała odpowiednio wyposażyć się w sprzęt komputerowy. Skąd pozyskała na ten cel fundusze?

W związku z wprowadzeniem nowych ramowych planów nauczania w szkołach ponadgimnazjalnych znacznie zmniejszyła się liczba godzin informatyki. Do niedawna w szkole funkcjonowały cztery pracownie informatyczne. W ubiegłym roku szkolnym nauczyciele informatyki rozbudowali szkolną sieć komputerową i w tej chwili dysponujemy dwiema pracowniami komputerowymi oraz w każdej innej klasopracowni jest zestaw komputerowy z dostępem do Internetu. Dodatkowo w chwili awarii nauczyciele mogą wypożyczać (tak jak do tej pory) przenośne zestawy komputerowe z biblioteki szkolnej. Docelowo chciałabym, aby komputery w pracowniach przedmiotowych doposażyć w rzutniki i w pełni wykorzystywać podczas lekcji, a nie tylko w celu uzupełniania dziennika lekcyjnego.

Pytał Pan o fundusze – jak widać na razie poradziliśmy sobie prawie bez ponoszenia dodatkowych kosztów (oczywiście nie licząc pracy informatyków). Na pewno nie unikniemy ich podczas eksploatacji sprzętu, ale jest to chyba oczywiste.

Czy był opór wśród nauczycieli?

Na pewno część nauczycieli nie była zachwycona, ale tak naprawdę wdrożenie systemu wyniknęło z opracowywanej na początku ubiegłego roku szkolnego przez całą społeczność szkolną (nauczycieli, uczniów i ich rodziców) koncepcji pracy szkoły na najbliższe pięć lat. Właśnie wtedy w anonimowych ankietach część nauczycieli zauważyła taką możliwość, a nawet konieczność. Wpisaliśmy to do wspomnianej koncepcji i teraz tylko realizujemy wspólnie przyjęty plan.

Jak długo przygotowywaliście się do wdrożenia tego systemu?

Pierwszy raz mówiliśmy o wprowadzeniu dziennika elektronicznego w 2007 roku. Gościliśmy wówczas na zebraniu rady pedagogicznej przedstawiciela firmy LIBRUS. Niestety wtedy nie było jeszcze tak sprzyjających okoliczności ani prawnych, ani organizacyjnych w szkole.

Przygotowania tak na poważnie, o czym już wspominałam, ruszyły w ubiegłym roku szkolnym, po przyjęciu koncepcji pracy szkoły.

Wprowadziliście e-dziennik jako pierwsi. Czy inne szkoły korzystają z waszych doświadczeń?

Zdarzało się, że koledzy rozmawiali ze mną na temat wprowadzanego dziennika elektronicznego. Oczywiście chętnie dzielę się swoimi doświadczeniami jednak każdy, według mnie, musi wypracować własną procedurę wdrożeniową. Każdy z nas jest inny, pracujemy z innymi radami pedagogicznymi. Każda szkoła ma inny charakter i to wymaga wypracowania własnych rozwiązań.

Co z rodzicami, którzy nie maja dostępu do Internetu?

Relacje rodzic – szkoła, czy też szkoła – rodzic nie muszą się zmieniać. Jak do tej pory bardzo cieszymy się z wizyt rodziców w szkole. Podczas nich chętnie udzielamy wszelkich niezbędnych informacji, m.in. takich jak na temat ocen czy frekwencji. Jest to o tyle łatwiejsze, że nie musimy szukać dziennika, zabierać go z lekcji. Zarówno wychowawca jak, dyrektor czy pedagog mają szybki dostęp do tych informacji.

Jak wdrożenie e-dziennika przyjęli uczniowie?

Słyszałam takie określenie, że to diabelski pomysł, ale myślę że jak każda zmiana niesie ze sobą na początku opór i niechęć tak było i z e-dziennikiem. W tej chwili uczniowie również dostrzegają zalety systemu. Sami na bieżąco monitorują nie tylko oceny czy frekwencję, ale także chociażby zapowiedziane sprawdziany oraz zadania domowe zapisane w systemie.

Czy to prawda, że e-dzienniki sprawdzają się tylko gdy uzupełniane są na bieżąco?

Wypełnianie dziennika (obojętne jakiego) jest obowiązkiem nauczyciela. To taka lista obecności w pracy i oczywistym jest, że choćby z tego powodu powinna być na bieżąco uzupełniana. Z drugiej strony, jeżeli dostęp do systemu mają również uczniowie i ich rodzice, to nieprofesjonalnym jest nieuzupełnianie e-dziennika na bieżąco. Według mnie zatraca się wtedy sens prowadzenia e-dziennika i opowiadania, że wszystkie dane można z niego odczytać ?od razu?.

Odpowiedź na Pana pytanie brzmi więc ? tak – e-dzienniki sprawdzają się tylko wówczas, gdy są uzupełniane na bieżąco.

Ile kosztuje dostęp do danych?

Dostęp podstawowy, czyli sprawdzanie terminarza, planu lekcji, modułu wiadomości jest bezpłatny. Rodzice chcąc na bieżąco śledzić poczynania edukacyjne (oceny i frekwencję) swoich pociech muszą zapłacić firmie Librus, z usług której korzystamy 22 złote (rodzeństwo 32 złote)

Czy istnieje możliwość obniżenia tej opłaty?

Do 15 grudnia 2012 roku przedłużono promocję, która polega na tym, że opłaty uiszczane poprzez listy aktywacyjne w szkole obniżono o 2 złote.

Czy elektroniczny dziennik nie zniechęci rodziców do udziału w wywiadówkach?

Mam nadzieję, że nie i szczerze w to wierzę. Jeżeli wprowadzenie e-dziennika miałoby do tego doprowadzić zrezygnujemy z jego prowadzenia. A tak serio szkoła w kontakcie z rodzicem to wbrew pozorom nie tyko informacje o ocenach i frekwencji uczniów. Do tej pory można było to też ?załatwić? przy pomocy karteczek przekazywanych rodzicom. Spotkanie wychowawcy z rodzicami to możliwość skonsultowania jakichś pomysłów klasowych czy szkolnych, przedstawienia sukcesów i porażek, możliwość rozwiązania (a przynajmniej podjęcia próby rozwiązania) problemów.

Czy boicie się ataków hackerów?

Firma Librus, której systemu używamy przechowuje dane pozyskane z e-dziennika na serwerach zewnętrznych. Dane te zapisywane są w czasie rzeczywistym na 4-5 serwerach, kopiowane są na następny serwer co godzinę i dodatkowo jeszcze raz dziennie przenoszone są na serwer firmowy. Procedury postępowania z danymi osobowymi zastosowane w elektronicznym dzienniku są analogiczne jak sposób postępowania z danymi przetwarzanymi przez banki.

Także oceny naszych uczniów i dane o ich frekwencji leżą sobie gdzieś obok danych zwierających konta bankowe z zawartością klientów bankowych.

Jestem przekonana, że dane osobowe zapisane w systemie kontroli frekwencji i postępów w nauce uczniów Zespołu Szkół nr 2 im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego w Ełku są zabezpieczone na najwyższym poziomie.

 

Ludzie Szkoła

Jak długo trenuje Pani wioślarstwo?

Moja przygoda z wiosłami zaczęło się przez przypadek w szkole gimnazjalnej. Moja nauczycielka wychowania fizycznego namówiła mnie na trening. Uważała że mam to coś do wioseł. Długo nie chciałam iść nie byłam przekonana, ale jak już poszłam bardzo mi się spodobało i tak trenuję już dwanaście lat!!!

Dlaczego warto uprawiać tę dyscyplinę sportu?

Myślę że warto uprawiać tą dyscyplinę, gdyż jest ona bardzo rozwojowa. Nie jest skierowana tylko na jedną formę ruchu, tu się uprawia wszystko (rower, narty, basen, siłownia itp.). Nie tylko pływa się na wodzie. Do tego w wioślarstwie codzienne obcuje się z naturą – woda, las, góry… a także możliwość bywania w różnych miejscach na świecie podczas obozów i zawodów – to piękno tego sportu!

W jakich okolicznościach zaczęłyście pływać razem z Julią Michalską?

Z Julią znamy się już od czasów juniorskich lecz pierwsze wspólne starty rozpoczęłyśmy w młodzieżówce – w barwach klubowych podczas Mistrzostw Polski. Nasza przygoda w dwójce podwójnej w reprezentacji rozpoczęła się w 2009 roku, w sumie całkiem przez przypadek.

Trudno dopasować się dwóm zawodniczkom, aby pływać na światowym poziomie?

Myślę że jest to dość trudne patrząc szczególnie na to, iż z Julia jesteśmy odmiennej budowy ciała. Różni nas wzrost prawie 6 cm, a to dużo jak na dwójkę. Do tego trzeba dopasować warunki fizyczne, przygotowanie techniczne, własne parametry treningowe. Jest trochę czynników do zgrania i dużo pracy do wykonania… ale nam się jakoś udało. Może dzięki swojej wytrwałości i dobremu oku naszego Trenera Marcina Witkowskiego.

Media rozpisywały się, iż na Igrzyskach startowała Pani z silnym bólem pleców, a po wyścigu była pani tak wykończona, że zasłabła. Warto ryzykować utratę zdrowia dla medalu olimpijskiego?

Niestety w dzisiejszym świecie sportu trzeba wykrzesać z siebie bardzo dużo aby być w czołówce światowej. Żeby stanąć na podium Igrzysk Olimpijskich trzeba wspiąć się na szczyty swoich możliwości. Faktycznie trochę ryzykowałam swoje zdrowie, ale trzeba pamiętać, że nie pływam sama. Jestem odpowiedzialna za moją partnerkę, trenera i osoby nam pomagające. Pomyślałam o tym jak o ryzyku zawodowym, które występuje w każdym zawodzie. Nie mogłam pozwolić na to, by zaprzepaścić cztery lata ciężkiej pracy naszej ekipy… a było bardzo blisko aby tak się stało.

Na Igrzyskach Olimpijskich liczyłyście na medal, czy celem był po prostu dobry występ?

Podczas Igrzysk zależało nam na jak najlepszym występie, by dać z siebie wszystko, ale też nie będę owijać w bawełnę i powiem, że faktycznie liczyłyśmy na medal. Po to trenowałyśmy, przełamywałyśmy własne słabości. W końcu medal Igrzysk Olimpijskich to marzenie każdego sportowca.

Czy podczas przygotowań przychodziły chwile zwątpienia?

Tak. Oczywiście, że są momenty zwątpienia, zwłaszcza dla mnie takim momentem byłą śmierć mojego Taty na trzy miesiące przed Igrzyskami Olimpijskimi… Mojego największego kibica, który czekał na mój występ… Wówczas, w takich momentach, człowiekowi świat się wali i zastanawia się po co mu to wszystko… Na szczęście mogłam liczyć na wsparcie mojego narzeczonego, Juli, Trenera i rodziny. Gdyby nie oni myślę, że bym nie dała rady dokończyć przygotowań.

Czy występ na Igrzyskach Olimpijskich był stresujący, czy raczej kojarzy się z niezapomnianym przeżyciem?

Same Igrzyska, dla mnie, nie były czymś stresującym. Myślałam że będzie inaczej, w końcu to święto sportu które odbywa się raz na cztery lata, ale dla mnie były to zawody jak każde inne. Momentem stresującym był dzień przed finałem, kiedy to wyszłam moja kontuzja i start w finale stanął pod wielkim znakiem zapytania. Przyznam, że wtedy były bardzo duże nerwy.

Czy powalczycie o złoty medal olimpijski w Rio de Janeiro?

Zaczyna się nowe czterolecie do Igrzysk w Rio de Janeiro, a to długi okres czasu. Zobaczymy co nam przyniosą dni, jakie nowe rozwiązania, osady itp. Na pewno przed nami dużo ciężkiej pracy i jeszcze więcej cierpliwości i wytrwałości.

Czy to pani pierwsza wizyta w Ełku?

Niestety pierwsza, ale mam nadzieję że nie ostatnia. Zawsze o Ełku dużo słyszałam, ale same superlatywy, dlatego chciałam to przyjechać. Mam tu dużo znajomych z „rodziny” wioślarskiej, w końcu Ełk to taka kuźnia wioślarskich talentów.

Jakie Pani zdaniem warunki muszą być spełnione, aby w Ełku wioślarstwo było na wysokim poziomie?

Podstawowy warunek aby wioślarstwo w Ełku było na wysokim poziomie jest już spełniony – to piękne i duże jezioro, na którym można dobrze trenować. Do tego potrzebna jest dobra kadra trenerska. W Ełku jest bardzo obiecująca połączenie młodości z doświadczeniem, co daje zawsze cudowne możliwości do rozwoju. Następna ważna sprawa, o której trzeba pamiętać, to inwestycja w sprzęt (łódki, ergometry, sprzęt na siłownie itp.). Bez dobrej bazy treningowej ciężko przyciągnąć dzieci do trenowania, bo gdy jest sprzęt młodzi ludzie mogą dobrze trenować, startować i zbierać doświadczenie!

Na koniec chciałbym zapytać o Pani plany na przyszłość? Może jako trener wioślarstwa?

Moje plany na dzień dzisiejszy związane są ze startem w Rio de Janeiro, ale także ukończenie studiów i bycie szczęśliwym człowiekiem, który robi to co lubi. A plany na trochę dalszą przyszłość to pojawienie się potomstwa na świecie… a w życiu zawodowym myślę że i tak będę związana ze sportem, tylko jeszcze nie wiem jak.

 

Dzięki Sebastian za pomoc w przygotowaniu wywiadu!

Ludzie Proponowane Sport

Młody, dwudziestoletni – właściwie jeszcze chłopak trafia do klubu w charakterze trenera. Jak to możliwe?

To zasługa trenera Jerzego Kłoszewskiego, pod którego okiem miałem szczęście i zaszczyt trenować. Jeszcze będąc zawodnikiem wykazywałem się chyba większym talentem do podpowiadania innym co mogą zrobić, aby osiągać lepsze wyniki niż do własnego ścigania. Dostrzegł to Jerzy Kłoszewski i tak trafiłem na kurs trenerski. Ukończyłem go w 1972 roku i już jesienią, ku mojemu zaskoczeniu zaproponował mi pracę w Ełku. Grzechem byłoby jej nie przyjąć.

Jerzy Kłoszewski był niekwestionowanym autorytetem trenerskim. To człowiek, który miał pod opieką trenerską niemal wszystkie drużyny LZS-u dawnego województwa białostockiego. To dusza ełckiego i białostockiego kolarstwa, właściwie od niego wszystko się zaczęło. Moja kariera też.

Jak wyglądały początki Pana pracy?

Na początku wyłącznie uczyłem się trenerskiego rzemiosła. To Emil Sawicki o wszystkim decydował. Rozpisywał treningi, wyznaczał kto gdzie startuje i w jakiej roli. Na samym początku byłem bardziej do pomocy, co z moim charakterem nie było łatwo, bo bardzo chciałem sam sprawdzić czego się nauczyłem i realizować swoje pomysły. Ciężko było utrzymać mnie w miejscu.

Z czasem miałem coraz więcej samodzielności i już wkrótce podejmowałem suwerenne decyzje i miałem pod opieką „swoją” grupę kolarzy.

Jak układała się współpraca ze starszymi zawodnikami? Dostosowywali się do zaleceń młodego trenera?

To nigdy nie było problemem. O wszystkim rozmawialiśmy otwarcie. Często jak kolega z kolegą, choć muszę przyznać, że zdarzały się i zawzięte dyskusje. Jednakże ostatnie słowo należało do mnie. Poza tym wielkim autorytetem był Emil Sawicki, który od początku bardzo wspierał wszystkie moje decyzje, więc wybór przeze mnie najlepszego wariantu treningu lub rozgrywania wyścigu był powszechnie akceptowany.

Który z zawodników robił na Panu największe wrażenie?

Przez tyle lat było wielu zawodników, którzy zrobili na mnie duże wrażenie, głównie swoim uporem i pracowitością: Karaś, Zajkowski, Modzelewski, bracia Osieccy … długo by wymieniać. Każdy z nich był inny, każdy ścigał się w innej rzeczywistości. Z pewnością zawodnicy z początku mojej trenerskiej kariery wywarli na mnie największy wpływ … może dlatego, że od nich sam wiele się nauczyłem.

Największy talent w Pana karierze trenerskiej?

Z pewnością Cezary Zamana. Świadczą o tym jego wyniki. Wystarczy przypomnieć, że wygrał Tour de Pologne w 2003 roku i bardzo dobrze sobie radził w zawodowym peletonie. Zawsze pracowity i ambitny, bardzo dobrze umiał wykorzystać swój nieprzeciętny talent. Ale myślę, że go nie trzeba specjalnie przedstawiać. W Ełku Czarka znają chyba wszyscy.

Gdzie tkwi tajemnica sukcesu ełckiego kolarstwa na przestrzeni tylu lat?

To żadna tajemnica. To ciężka praca. Sześć dni w tygodniu po 4 – 8 godzin dziennie. Bez względu na pogodę czy porę roku.

Dlaczego kolarstwo umarło w Ełku?

Kolarstwo nie umarło. Po prostu mało kto obecnie dostrzega potrzebę istnienia tak pięknej dyscypliny sportu. A szkoda, bo ciągle jeszcze istnieje dobre zaplecze trenerskie, doświadczenie organizacyjne, a przede wszystkim jest młodzież garnącą się do tego sportu. Szkoda, bo mamy bogate tradycje w tej dziedzinie. Ale cóż zrobić, dziś bez pieniędzy nie da się wiele zrobić. Aktywność fizyczna mieszkańców jest ważna, ale nie będziemy mieli wyników jeżeli nie postawimy na profesjonalizm.

Widzi Pan szansę na powrót do Ełku tego sportu?

Szansa taka zawsze istnieje. Gdyby władze i sponsorzy chcieli pomóc, to myślę, że przy niewielkich stosunkowo nakładach, sporty indywidualne, takie jak kolarstwo, boks, wioślarstwo, nawet lekka atletyka dalej liczyły by się w kraju, rozsławiając nasze miasto tak jak to było dawniej. Czy tak będzie? Nie wiem. Chciałbym. Jest to moim marzeniem.

 

Ludzie

Dlaczego kandyduję?

A dlaczego nie? Każdy, kto uważa, że miałby coś do zaoferowania społeczeństwu, ma pomysły i chce je realizować, ma do tego pełne prawo.  Jestem osobą, która ma świeże spojrzenie na wiele spraw związanych z naszym miastem i jego funkcjonowaniem. Wiem, że Ełk może więcej, więc dlaczego do tego nie doprowadzić?

Dlaczego Platforma Obywatelska?

Platforma Obywatelska, z jej programem skierowanym dla miasta Ełku, wydaje się mi najbliższa. Moje poglądy i przekonania są w dużej mierze zbliżone do poglądów tego ugrupowania. Ktoś kiedyś powiedział, że każdy ma w sobie coś z liberała, a coś z radykała. Zgadzam się z tym twierdzeniem, jestem liberałem, który przede wszystkim myśli o ludziach. Program Platformy, a w szczególności punkty związane z walką z pogłębiającym się bezrobociem, są według mnie najistotniejsze dla przyszłej kadencji samorządu. Ełcka Platforma zrzesza ludzi, którzy mają wielki bagaż doświadczeń; są osobami, które dbają o sprawy naszego miasta, nie tylko na szczeblu lokalnym, ale również wojewódzkim czy nawet parlamentarnym. Wybór był prosty.

Dlaczego Rada Miasta?

Uważam, że instrumenty, które posiada samorząd miasta mogą i muszą wpływać na sprawy związane z tak istotną sprawą jaką jest wyżej wymienione bezrobocie. Poprawa infrastruktury – drogowej, kolejowej, przygotowanie terenów pod inwestycje, są kwestiami w gestii samorządu miasta. Uważam, że „przyciągnięcie” inwestorów wymaga podjęcia odpowiednich działań. Nie można tylko czekać i liczyć na to, że to inwestor sam do nas „zapuka”. Ełk i Ełczanie nie mogą czekać i zadawalać się tym, że Ełk pięknieje – a ludzie biednieją. Czas na lepsze rozwiązania.

Samorząd

Czy mógłby pan przypomnieć w jakich okolicznościach powstała suwalska specjalna strefa ekonomiczna ?

W połowie lat 90 tych moje miasto Ełk a byłem wtedy jego wiceprezydentem przeżywało najtrudniejszy okres transformacji gospodarczej skutkującej upadkiem wielu firm produkcyjnych, budowlanych i usługowych. Lawinowo narastało bezrobocie osiągając ponad 30%. Ełczanie zwracali się do mnie z prośbą o pracę i mieszkanie. Te dwa problemy zdominowały większość spotkań Zarządu Miasta z mieszkańcami. Było jasne ,że należy podjąć  dynamiczne działania leżące poza kompetencjami samorządu. Uznałem że trzeba stworzyć warunki aby powstawały nowe firmy. Otrzymałem dla tego pomysłu ogromne wsparcie ze strony radnych i co najważniejsze od prezydenta Fadrowskiego.

Na trwające prace projektowe nałożyło się uchwalenie w październiku 1994 roku ustawy o specjalnych strefach ekonomicznych. To dało podstawę do złożenia kompletnego wniosku do ówczesnego Ministra Przemysłu i Handlu o utworzenie w Ełku specjalnej strefy ekonomicznej. Podobne prace prowadził ówczesny wojewoda suwalski z zamiarem utworzenia strefy w Suwałkach i Gołdapi. Po wielu zabiegach strefa została utworzona we wszystkich tych miastach a miasto Ełk przeznaczyło na ten cel ponad 100 ha gruntów o wartości ponad 6,5 mln zł.

Jakie były początki?

Na pewno trudne, pracowałem nad statutem spółki i muszę powiedzieć po wielu latach, że zapewnia on miastu dobrą pozycję – najlepszą ze wszystkich tych trzech miast założycieli, mamy swego członka zarządu oraz wiceprzewodniczącego Rady Nadzorczej. Działalność rozpoczęliśmy bez żadnych pieniędzy i do dzisiaj nie otrzymaliśmy od nikogo żadnych środków. Wszystko trzeba było wypracować samodzielnie. Była ogromna radość przyjmowania pierwszych inwestorów ale praca absorbowała coraz bardziej.

Poczucie iż pomaga się ludziom bardzo realnie dając im pracę spowodowało iż zrezygnowałem z funkcji wiceprezydenta by poświęcić całą swą energię na pozyskiwanie nowych inwestorów. Strefa utworzona 1 września 1996 roku przyjęła pierwszych inwestorów w listopadzie tego roku a 22 lipca następnego roku w szczerym polu zbudowana została  pierwsza firma Prodeko Ełk funkcjonująca do dziś. Przedsiębiorcy zaufali nam, że wybudujemy na czas drogi i infrastrukturę techniczną w postaci sieci wodnokanalizacyjnych, energetycznych i telekomunikacyjnych. Nie zawiedli się – za ponad 12 mln złotych wybudowaliśmy nowoczesną dzielnicę przemysłową.

Jakie są efekty działania strefy dla mieszkańców Ełku?

Dzisiaj w ełckiej części strefy działa 26 inwestorów krajowych i zagranicznych którzy zainwestowali ponad 370 mln zł. utworzyli prawie 2 tysiące miejsc pracy. Te miejsca pracy są  bardzo ważne dla Ełczan gdyż powodują iż te 2 tysiące rodzin ma podstawowe źródło utrzymania. Trzeba powiedzieć jasno że strefa to nie tylko bezpośrednie miejsca pracy, ale także praca dla firm projektowych, budowlanych czy usługowych – większość inwestycji powstała siłami lokalnych wykonawców. Procesy produkcji prowadzone na strefie wymagają kooperacji lokalnych przedsiębiorców i obsługi bankowej, ubezpieczeniowej czy prozaicznego wywozu śmieci.

Strefa to trochę samonapędzające się koło zamachowe, działa pobudzająco i rozwojowo na otoczenie około biznesowe w którym z tego powodu powstają kolejne miejsc a pracy. Nie bez znaczenia jest fakt, że przedsiębiorcy strefowi zasilili  budżet miasta w ramach podatku od nieruchomości na kwotę ponad kilkunastu milionów złotych w ostatnich sześciu latach. Dochodzi do tego udział miasta w podatkach dochodowych, od środków transportowych czy przychody dla firm komunalnych dostarczających wodę czy wywożących śmieci. Zarabiają hurtownie, hotele  a przez dochody pracowników sklepy i usługi. Firma produkcyjna to taka kura znosząca złote jaja, ale również oszczędzająca wydatki pomocy społecznej czy na zasiłki dla bezrobotnych. Jest to moim zdaniem największy czynnik rozwojowy mojego miasta.

Jakie plany ma strefa na najbliższe lata?

Obecnie intensywnie pracujemy nad reinwestycjami naszych firm, co oznacza ich dalszy rozwój. Staramy się przekonać ich by zainwestowali kolejne pieniądze co przyniesie mieszkańcom Ełku kolejne tak potrzebne miejsca pracy. Nasz największy inwestor fabryka drzwi Porta zakupiła na terenie strefy ponad 2,4 ha gruntu z istniejącą halą i zamierza zainwestować kilka mln zł. w innowacyjną produkcję  drzwi w technologii nie stosowanej jeszcze w Polsce. Kilkudziesięciu Ełczan znajdzie tu satysfakcjonujące zatrudnienie.

Ciągle zabiegamy o nowych inwestorów, co nie jest łatwe bezpośrednio po kryzysie w Europie. Duże nadzieję wiążemy z powstaniem Techno-Parku i możliwością objęcia uzbrojonych terenów parku granicami strefy. Efektem ubocznym działania strefy będzie dla Ełczan to, iż wskutek niezrealizowania inwestycji przez spółkę Sung San na jej terenie i w pobliżu powstaną dwa supermarkety – jako pierwszy Castorama market budowlany. Jest to na pewno lepsze rozwiązanie niż leżący bez zagospodarowania pusty niewykorzystany prywatny teren.

Co przynosi największą satysfakcję przy prowadzeniu firmy a co należy uznać za porażkę?

Oczywiście najwięcej radości przynosi lokowanie kolejnych inwestorów, którzy swe decyzje oparli na osobistym zaufaniu do mnie i do mego zespołu ludzi. Satysfakcję przynosi poczucie, iż wielka agencja rządowa jaką jest Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych nigdy nie zdołała ulokować w naszym trudnym regionie żadnej  inwestycji, a nam niewielkiemu kilkuosobowemu zespołowi udało się tak bardzo, iż staliśmy się największym pracodawcą w mieście. Mam poczucie, że tworząc miejsca pracy  pomagamy konkretnym ludziom. Należy podkreślić, że większość władz miasta sprzyjała naszym działaniom, szczególnie, iż nigdy nie zwracaliśmy się o pieniądze, martwi czasami nikłe zainteresowanie radnych, a czasami mity o naszym funkcjonowaniu. Po bardzo intensywnej promocji miasta, niezbędnym byłoby promowanie oferty inwestycyjnej miasta tak by ściągnąć kapitał i inwestycje. Mam nadzieję, iż  nowe władze szybko docenią działanie strefy i szybko zdołamy zagospodarować  ostanie 26 ha gruntów.

A porażka była, na pewno nie mojego zespołu. Mieliśmy szansę na inwestycję szwedzkiej Ikei na prawie 100 ha gminy wiejskiej – gruntach położonych za Chłodnią. Była to inwestycja składająca się z pięciu fabryk budowanych etapowo dająca pracę prawie 1000 osób w tym w większości dla kobiet. Po przeprowadzeniu rozmów z inwestorem podpisaliśmy z Prezydentem Ełku I Wójtem Gminy Ełk stosowne porozumienie dotyczące podziału zadań w zakresie przygotowania planu zagospodarowania i uzbrojenia tego terenu. Wystąpiliśmy z kompletnym wnioskiem do Ministra Gospodarki o utworzenie Parku Przemysłowego posiadającego status strefy ekonomicznej. Niestety w dwa miesiące po tych ustaleniach pomimo zobowiązania wszystkich do zachowania poufności negocjacji wójt gminy Ełk ogłosił swój sukces, przytaczając w prasie nazwę firmy i parametry inwestycji. Ikea jak to zwykle w takich sytuacjach bywa potwierdziła dla prasy zamiar przeprowadzenia tej inwestycji w regionie północnowschodniej Polski ale zaznaczyła, że o lokalizacji jeszcze nie zdecydowano. Rozmowy zostały natychmiast zerwane a fabryki Ikei budują się z dobrym skutkiem w gminie Orla w woj. podlaskim. Wyciąganie wniosków z tej sprawy należy do wyborców w gminie ełckiej ale jedno jest ważne że w tej materii ogłasza się sukcesy dopiero przy otwieraniu fabryki a nie jak to samorządowcy czynią przed, w trakcie i po inwestycji. Elementarzem jest też zachowanie poufności rozmów. Swoją drogą mimo upływu dwóch lat wiejska gmina ełcka nie uchwaliła żadnego planu zagospodarowania tego terenu.

Samorząd