Kategoria: Społeczeństwo

MarudaPowiało nowoczesnością. Pomijając fakt, iż wizytę wyznaczono mi z terminem kilkumiesięcznym, to wydawało się, że koszmar całego dnia spędzonego w poczekalni przed gabinetem lekarza jest już tylko niemiłym wspomnieniem.

Niezwykle sympatyczna pani w recepcji szpitala kilka razy wyjaśniała mi, że wizytę mam na godzinę dziesiątą rano, numer szósty i pod żadnym pozorem nie wolno mi przychodzić ani wcześniej, ani później tylko o wyznaczonym czasie. Zrozumiałem za pierwszym razem, ale ona uparcie … proszę pamiętać, proszę się dostosować.

Tak jest! – odpowiedziałem i zgodnie z poleceniem zameldowałem się przed gabinetem numer 29 po czterech miesiącach o godzinie dziewiątej minut czterdzieści pięć. W pierwszym odruchu cofnąłem się jednak. Koszmar powrócił. Przed gabinetem było chyba z trzydzieści osób. O matko! – pomyślałem, to jakieś sześć godzin czekania.

Jak każda długa kolejka miała swojego wodzireja. Śmieszny pan, lat około sześćdziesięciu, najwidoczniej brylował pośród licznych swoich rówieśników. Tragedia, tragedia – mówił – w jakim kierunku ten kraj zmierza. Gdzie moralność z dawnych lat, gdzie szacunek do innego człowieka. Co ten Tusk zrobił – oburzał się – a wie pani – mówił nie wiadomo do której – że już nam nawet płeć chcą zmieniać. Już nie długo nie będę mężczyzną, a pani kobietą, tylko nie wiadomo czym. I tak będą w dokumentach pisać. „Ono”. To skandal, tak źle jeszcze nie było. Gdzie jakiekolwiek zasady? 

Monolog o moralności trwał, lecz ja na szczęście przypomniałem sobie – mam karteczkę! Numer szósty, a nie trzydziesty szósty! Grzecznie więc zapytałem: przepraszam, kto ma numer piąty? Odpowiedziała mi cisza. Co prawda jakaś pani chciała chyba powiedzieć, że tak ja mam, ale spojrzała na śmiesznego pana i nie była w stanie wydusić z siebie czegokolwiek. Powtórzyłem pytanie, ale efekt ten sam. Cisza.

A czego się pan dopytujesz? – śmieszny pan zmierzył mnie lodowatym spojrzeniem.  Grzecznie mu tłumaczę, że miła pani w recepcji wyjaśniła, że są zasady, żeby się dostosować … co mi tu pan wyjeżdżasz z zasadami – warknął – tu nie ma żadnych zasad. Kto pierwszy ten lepszy. Siadaj pan i czekaj na swoją kolej! No zaraz – mówię raz jeszcze – skoro lekarz coś ustalił, to trzeba się dostosować. Jakieś zasady muszą być. Panie – odpowiedział – kogo obchodzą jakieś zasady. Teoria, a praktyka w naszym kraju to dwie różne rzeczy. Już nie odpowiedziałem, bo po co. Z takimi ludźmi się nie dyskutuje. Oni i tak wiedzą najlepiej. Wkrótce okazało się nawet, że gość w ogóle nie był zarejestrowany w tym dniu do lekarza.

Przykre jest, że to właśnie przez takich ludzi, jak ten śmieszny pan, często nie obowiązują żadne zasady. To ludzie, którzy z frazesami o moralności i prawdy na ustach postępują dokładnie odwrotnie, terroryzując przy tym wszystkich słabszych.

Proponowane Społeczeństwo

shutterstock_12202408W polskich samorządach modną kwestią stał się ostatnio temat karty rodziny 3+. Sprawa jest ważna, bo związana z pomocą rodzinom wielodzietnym. Niestety mało się przy tym mówi o samotnych rodzicach.

Samotna matka czy ojciec mogą wychować dzieci tak samo dobrze, jak oboje rodziców i to pomimo licznych przeszkód, z którymi muszą się borykać. Pojawiające się na co dzień problemy, często kompletnie nie znane obojgu rodzicom, powodują, że życie niepełnej rodziny jest o wiele trudniejsze niż w rodzinach wielodzietnych.

Samotny rodzic staje przed koniecznością godzenia obowiązków domowych z zawodowymi, co wymaga niezwykle dużego wysiłku i zaangażowania. Jako jedyny żywiciel rodziny często musi podejmować dodatkowe prace zarobkowe, aby zapewnić dzieciom niezbędne warunki materialne. Przeciążenie jednego opiekuna może powodować dodatkowe trudności. Zaangażowanie w utrzymanie rodziny sprawia, że pozostaje mało czasu na dłuższe kontakty z dziećmi, na wspólne rozmowy i bycie ze sobą – co czasem doprowadza do problemów wychowawczych.

Pojawiających się trudności jest tak wiele, że jedna osoba czasami z trudem je „dźwiga”. Samotni rodzice muszą być naprawdę silni, ale nawet silnym ludziom potrzebna jest pomoc. Sprawne funkcjonowanie systemu wsparcia samotnych rodziców jest z pewnością następstwem działań podejmowanych przez różne podmioty: pomoc społeczną i władze lokalne. Niemniej to rola lokalnych samorządów: gmin i powiatów wydaje się być ogromna i z pewnością nie może ograniczać się tylko i wyłącznie do koordynowania różnych działań w tym zakresie (nie twierdzę, że tylko tak jest!).

Samotni rodzice oczekują bardzo wymiernej pomocy. Co zatem można dla nich zrobić w samorządzie?

Najważniejsza jest oczywiście pomoc finansowa, albo taka, która wpływa na poziom dochodów. Samorządu nie zawsze stać na wypłacanie dodatkowych zasiłków, ale jest mnóstwo innych instrumentów, które mają wpływ na poziom życia rodziny: ulgi w przedszkolu, ulgi w opłacie śmieciowej i podatku od nieruchomości, dofinansowanie wyprawki szkolnej, indywidualne dofinansowanie do posiłków w stołówkach szkolnych, rezygnacja z opłaty za psa lub kota … „pole do popisu” jest całkiem spore. Poza tym, skoro jest karta rodziny 3+ to czemu nie stworzyć też karty samotnego rodzica?

Wielu samotnych rodziców oczekuje tylko i wyłącznie umożliwienia im pracy zarobkowej. Oczywiście dotyczy to m.in. tworzenia nowych miejsc pracy, ale równie ważne jest zapewnienie opieki dla dzieci: ułatwienie dziecku dostania się do przedszkola, bezpłatne świetlice otwarte do wieczora, czy przedszkola i żłobki czynne do późniejszych godzin. Wydaje mi się, że ciągle bardzo ważne jest promowanie przez samorządy zatrudnieniowego charakteru opieki nad dziećmi i lobbing w tym zakresie w polskim parlamencie.

Istotna jest też fachowa pomoc udzielana przez lekarzy, psychologów, prawników… Szczególnie sprawne funkcjonowanie profesjonalistów w jednostkach organizacyjnych samorządów terytorialnych jest bardzo istotnym wsparciem samotnych rodziców. Warto zatem zadbać o ten profesjonalizm poprzez częste szkolenia pracowników samorządowych. W wielu miastach funkcjonuje stanowisko asystenta rodziny, może warto pomyśleć o rozwoju tego pomysłu.

Szkolić trzeba też samych rodziców. W dużych miastach popularnością cieszą się przedsięwzięcia typu „Akademia Rodzica”, czyli różnego rodzaju warsztaty rozwijające umiejętności wychowawcze. W Ełku przykładem jest zorganizowanie przez Starostwo Powiatowe warsztatów „Tato-Córka” i „7 sposobów efektywnego ojcostwa”, ale to niestety tylko sporadyczne przypadki.

Wspierając samotnych rodziców pamiętajmy, że w ten sposób pomagamy przede wszystkim ich dzieciom. Dobro dziecka jest taką prawdą, której nikt roztropny nie kwestionuje, problem tylko w tym, że jak coś nas bezpośrednio nie dotyczy to tematu możemy nie dostrzegać. A zagadnienie samotnych matek i ojców koniecznie musi być dostrzeżone przez lokalnych polityków i samorządowców.

Fot: magazynpl.co.uk

Polityka społeczna Proponowane Samorząd Społeczeństwo

imagesTo ambicje ełckiej policji, która, chcąc je zrealizować, planuje w br. kolejne działania prewencyjne i edukacyjne – poznamy je już w maju.

Czy jest to marzenie nierealne? Wypadków na przejściach dla pieszych całkowicie wyeliminować się nie da, ale, zdaniem policji, można je znacząco ograniczyć.

Pytanie tylko jak? Z pewnością ograniczając lub likwidując przyczyny tego co nas zabija na pasach. A zabija nas rutyna, przecenianie własnych możliwości, nieprzestrzeganie przepisów, lekceważenie innych – często zwykłe chamstwo na drodze, ułańska fantazja, brak zdolności przewidywania, gapiostwo, głupota, używki … pewnie można by jeszcze wymieniać tak długo.

Najbardziej nagłaśniane przez media są sprawy z udziałem nietrzeźwych kierowców, jednakże bycie pod wpływem alkoholu odgrywa marginalną rolę w tego typu wypadkach. W zdarzeniach z udziałem nietrzeźwego kierowcy w 2012 roku na polskich drogach zginęło 311 osób czyli 8,7 proc. wszystkich zabitych. Nie oznacza to wcale, że można to lekceważyć. Jestem za tym, aby bezwzględnie tępić pijanych lub naćpanych kierowców. Ełcka policja jest podobnego zdania i w 2014 roku możemy spodziewać się nie jednej akcji pn. trzeźwy poranek.

Kolejną z przyczyn wypadków na przejściach dla pieszych jest ich niedostateczna widoczność. O słabym ich oświetleniu pisałem w artykule Bezpieczne ulice. Dodam tylko, że pasy byłyby bardziej widoczne, gdyby częściej je malowano … może przydałoby się jakąś odblaskową farbą?

Warto też pamiętać, aby zadbać o widoczność pieszego zbliżającego się do przejścia, by np. nie był zasłonięty przez reklamy. Generalnie przydałby się wspólny audyt ełckich przejść dla pieszych wykonany przez policję oraz władze miasta (chyba nawet jest planowany), który niejako na nowo ulokowałby „zebry” na naszych ulicach z zachowaniem wszelkich zasad bezpieczeństwa. Wydaje mi się ważne, aby powstały tam, gdzie ludzie zwyczajowo przechodzą przez ulicę, bo to także utrapienie i policji i kierowców. Tam, gdzie przejścia nie można ulokować, koniecznie muszą powstać barierki ochronne. Przy tej okazji warto wspomnieć, iż kolejną plagą są rowerzyści przejeżdżający po pasach bez zatrzymywania się. Może warto im to jakoś uniemożliwić? Przynajmniej na głównych ełckich ulicach.

Największe prawdopodobieństwo śmierci w wypadku na „zebrze” jest wówczas, gdy ktoś po prostu wchodzi nagle pod koła jadącego samochodu lub gdy kierowca jedzie jak wariat bez autorefleksji, pokory wobec losu i nieoczekiwanych sytuacji. To sprowadza się do kwestii wychowania komunikacyjnego (polecam ciekawy artykuł Marka Skóry Wychowanie komunikacyjne) oraz „zwykłego” stawiania na kulturę osobistą i poszanowanie innego człowieka – inaczej mówiąc nietolerowanie chamstwa.

Najważniejsze jest chyba, abyśmy wszyscy zastanowili się, co zrobić, żeby niektórzy piesi utracili wiarę w to, że na pasach są nieśmiertelni. Zielone światło nie zwalnia pieszego od myślenia i zadbania o własne bezpieczeństwo. Nie może być tak, że kolor wiosny działa jak efekt psów Pawłowa i pieszy bezmyślnie rusza z miejsca nie patrząc na okoliczności. Nikt nie powinien się zachowywać na przejściu jak na sopockim molo! Kierowcy mogą się popsuć hamulce, czy też może on przykładowo zasłabnąć w czasie jazdy.

Słuchając częstych przekazów medialnych mam czasami wrażenie, iż pieszych prawie skazuje się na śmierć na przejściach prowadzonych przez dwa lub więcej pasów ruchu i bez sygnalizacji świetlnej. Dwupasmowa jezdnia, auto na prawym pasie zatrzymuje się, by przepuścić pieszych, sympatyczny kierowca pokazuje ruchem ręki abyśmy śmiało, bezpiecznie ruszyli przed siebie … auto na lewym pasie się nie zatrzymuje – jakże to częsta opowieść ze śmiertelnego zdarzenia na drodze. Bardzo trafne porównanie znalazłem w jednym z komentarzy pod artykułem opisującym podobny wypadek. Wejdziesz na poligon prosto pod ostrzał z zamkniętymi oczami, bo jeden żołnierz cię zobaczył i przestał strzelać?

A kierowcy? Są niestety czasem równie bezmyślni jak niektórzy piesi. To system naczyń połączonych i za wypadki odpowiadają obie strony ruchu drogowego. Często jeździmy tak, jakby pieszych w ogóle nie było, albo w myśl zasady – nie chce „rozbić łba”, to niech uważa. Podam tylko jeden przykład. Nagminne jest bezmyślne skręcanie w prawo na jezdnię prostopadłą w momencie, w którym włączyła się „zielona strzałka” … często prosto na przechodzących tam ludzi. Śpiesząc się mało kto myśli o ewentualnym pieszym, który pewny swojego bezpieczeństwa – bo przecież nic  nie jedzie – idzie przed siebie nie przeczuwając niebezpieczeństwa.

Inne Społeczeństwo

128567_1267789221_7cf4_pDar wyobraźni niestety nie jest dany wszystkim. Rodzi to gatunek „pijawek” – osób, które jak pasożyty muszą podczepić się pod jakiegoś „żywiciela”.

Pomysłowość, kreatywność i innowacyjność związane z wyobraźnią to cechy, które wśród tłumu przeciętnych osób wyróżniają ludzi wartościowych. Połączone z pracowitością tworzą prawdziwych liderów.

Są jednak osoby nimi nie obdarzone, które nie wiem jak bardzo by się starały, i tak nie są w stanie pokonać własnych ograniczeń. Pchane przez ambicje, pozbawione daru wyobraźni sięgają zbyt daleko i nie są w stanie samodzielnie osiągnąć narzuconych sobie, nierealnych celów. Pozostaje im wówczas kradzież pomysłów i idei, kopiowanie rozwiązań oraz działań.

Mimo iż pasożyt nie wnosi nic pozytywnego, to szczerze żal mi ludzi, którzy nie potrafią wskrzesić w sobie żadnej inwencji i żerują na cudzych pomysłach oraz sukcesach. Ciężko jest żyć ze świadomością, że jest się miernotą… ale ciężej jest dla otoczenia, gdy miernota nie zdaje sobie sprawy z własnej mizerii.

W zasadzie nie wiem jak reagować, gdy ktoś kradnie mi pomysł. Zdrowa konkurencja zawsze mobilizuje. Nie mam nic przeciwko inspiracjom. Jednakże trudno zrozumieć działalność człowieka, który przez wiele lat udowadniał, że kreatywność i pomysłowość są mu kompletnie nieznane, a nagle zaczyna udawać kogoś, kim nie jest. Ba, pchany jakimś dziwnym przeświadczeniem, że oto on właśnie coś w życiu osiągnął, zaczyna krytykować, recenzować i torpedować inicjatywy innych.

Naprawdę przykro patrzeć, gdy ktoś mój pomysł naśladuje i realizuje nieudolnie, zniekształcając ideę, tym samym zniechęcając ludzi do tego typu inicjatyw. Muszę jednak przyznać, że w polityce zawsze znajdują się jakieś sępy, które, mówiąc dosadnie, w prostacki sposób próbują „wczołgać się” po czyichś plecach, zniekształcając ocenę osób uczestniczących później w wyborach.

Jednakże, co pocieszające, brak wyobraźni nie pozwala sępom zauważyć, iż w dłuższym okresie podczepianie się pod innych nie przynosi efektu. Ludzie w swoich wyborach ostatecznie i tak wyeliminują pasożyta z życia społecznego. Nikt bowiem nie lubi plagiatu, nikt nie chce popierać oszustów.

Niestety pasożyty są elementem każdego ekosystemu i nie da się ich całkowicie wyplenić. W miejsce jednego pojawia się natychmiast następny … a taka myśl jest mało optymistyczna.

Fot: wiadomosci24.pl

Proponowane Społeczeństwo

prlJeszcze 25 lat temu w jednym z ełckich zakładów pracy było aż 105 i pół etatu.

I pół, bo jedna pani, której praca polegała na zaklejaniu kopert z listami i noszeniu ich na pocztę, zatrudniona była właśnie na część etatu.

A piszę o tym w sumie mało istotnym fakcie, bo wszystkie zakłady pracy owego czasu były z dość liczną załogą, aby na początek wspomnień o PRL-u pokazać, że były to czasy bardzo towarzyskie. Otóż „świętością” niezwykle celebrowaną w poprzedniej epoce było obchodzenie imienin. Każdy, chcąc nie chcąc, miał obowiązek upiec ciasto, ugotować bigos i kompot, a po pracy (lub niekoniecznie po) zorganizować jakiś alkohol. Nikt niczego nie chował po kątach, obowiązywała zasada „zastaw się, a postaw się” i zaraz po porannej kawie zaczynały się w firmie „pielgrzymki” z kwiatami – przy tej ilości pracujących osób – niemal codziennie.

Załoga przez wspólne świętowanie była niezwykle zżyta – nie tak jak dziś, gdy pracując w większej firmie zna się często tylko i wyłącznie osoby siedzące przy sąsiednich biurkach. Wspólna degustacja zbliżała ludzi, rozgrzewała serca i emocje bardziej niż obecnie polityka. Ludzie czuli się swobodniej, bezpieczniej – jak ktoś tracił pracę to niemal automatycznie dostawał nową (był nawet obowiązek pracy). Świat wydawał się prosty. Mieliśmy zdecydowanie więcej czasu dla siebie. Wszyscy żyli znacznie wolniej, spokojniej niż dzisiaj, a już na pewno bardziej rozrywkowo.

To prawda, mało kto tęskni za PRL-em, ale wiele osób tęskni za klimatem tamtych czasów, ich smakiem i zapachem. Dlatego obok słusznej krytyki poprzedniego systemu warto mówić także o zaletach poprzedniej epoki, a przede wszystkim przywołać cudowne wspomnienia z dzieciństwa, które dla obecnego młodego pokolenia wydawać by się mogły groteskowe – bo jak wytłumaczyć i opisać dumę naszych rodziców, gdy wracali do domu z girlandą papieru toaletowego?

Dzisiaj jest zupełnie inaczej. Nagle okazało się, że lody mogą mieć więcej smaków, że pani w sklepie nie musi traktować cię jak intruza. W tym samym sklepie nie uczestniczy się w szaleństwie schwytania jakiejkolwiek zdobyczy, a jedynie w festiwalu wybrzydzania, bo jest tego tak dużo i nie wiadomo co wybrać. Obecnie nawet trochę jest mi przykro jak patrzę na zblazowane towarzystwo naszych dzieci, które wszystko ma i nie potrafi się z niczego cieszyć. Z sentymentem wspominam naszą radość z drobnych rzeczy – komiksu pod choinką, lizaka „duży kwiatek” w prezencie, a nawet programu w telewizji – jak nadawano w TV odcinki „Dynastii” lub „Izaury” to nie było żadnej innej „świętości”. Czas zarezerwowany był tylko dla serialu, inne rzeczy musiały poczekać.

Generalnie uważam, że kultura stała na wysokim poziomie. Były znakomite tygodniki kulturalne i literackie. Telewizja, mimo że tylko dwa programy, też była dobra. Oprócz niezwykle popularnych seriali były znakomite teatry telewizji. Cykle filmowe znanych reżyserów. Kabarety: Smoleń i Laskowik, Pietrzak, Dudek, że już o Kabarecie Starszych Panów nie wspomnę. Jak żyć mówił nam z elektryzującym wzrokiem Kaszpirowski.

W ogóle, poprzednio nie było chłamu powodującego chaos informacyjny w prasie i telewizji. Owszem w dużej mierze była to robota cenzury, braku Internetu i deficytu telewizji informacyjnych, ale nie wiem co lepsze, bo dziś media dosłownie zalewają nas informacyjną papką, z której coraz ciężej jest cokolwiek pozytywnego i prawdziwego wydobyć.

Wspomniałem już o smakach i zapachach – każdy z nas, szczególnie tych wychowanych w latach 80-tych, pamięta gumę do żucia „Donald”, cytrynową oranżadę w proszku … i taką do picia, oranżadę na czystym cukrze lekko barwioną – oczywiście w butelkach zakorkowanych ceramicznym korkiem na drucie. Pamięta także smród wody kolońskiej „Brutal”, albo perfum „Currara”, które czuć było z pięciu metrów i to pod wiatr.

Mimo, że w sklepach było pusto, to wszystko dało się załatwić. Sąsiadka w mięsnym, ciotka znajomego w piekarni, kolega w CPN-ie … Polak ma taka zdolność, że zawsze dostosuje się do trudnych czasów tyle że kiedyś, w PRL-u, tyle nie narzekał jak aktualnie. Uprawianie malkontenctwa jak dzisiaj, jest dosłownie mistrzostwem świata. Wtedy wszyscy mieli mniej więcej po równo, więc trzymali się razem. W najlepsze kwitł system wymiany sąsiedzkiej i koleżeńskiej.

Rarytasem były słodycze. Czekoladę wyrabiało się samemu. Przygotowana mieszanka kakao i masła uparcie nie chciała zastygać, mimo iż chowałem ją w piwnicy, gdzie było chłodniej. Zresztą nie chciało się nawet czekać aż zastygnie. Łapczywie pochłaniało się tłustą i słodką papkę jak jakieś boskie delicje.

Jak człowiek był głodny, szło się na „ogródki działkowe”. Wyciągało marchewkę wprost z ziemi i po wytarciu jej o spodnie pochłaniało w całości bez przejmowania się o zarazki, bakterie i co tam jeszcze tylko siedziało w brudnej ziemi. I chyba mało kto przez to chorował. Nie pamiętam przy tym, aby dorośli mieli depresję, a dzieci alergię, dysleksję, dysgrafię, czy inne dysfunkcje. To były choroby niedostępne dla tamtego pokolenia.

A jak już ktoś miał jakiś problem z psychiką zawsze mógł przelać swoją frustrację na książki skarg i zażaleń. W każdym szanującym się sklepie i lokalu usługowym leżały eksponowane w widocznym miejscu przyciągając wszelkiej maści zwolenników publicznego dzielenia się swoimi zawistnymi myślami. Wpisy typu – poprosiłam o mleko z żółtym kapslem, ale ekspedientka nie chciała mi go sprzedać, tłumacząc, że jest to mleko jutrzejsze, z jutrzejszą data na kapslu, albo – pragnę złożyć dyrekcji podziękowanie za zmianę dawnego personelu z kierownictwem na czele w naszym sklepie. Personel obecny jest fachowy i miły. Odnoszę wrażenie, jakbym był obsługiwany przed wojną – wcale nie były niezwykłością.

Co do żywności – podobno w okresie PRL-u nastąpiły najkorzystniejsze zmiany w jadłospisie Polaków. O ile przed wojną warzywa, owoce, mięso i ryby były rarytasem, o tyle w socjalizmie stały się praktycznie codziennością. Spożycie warzyw wzrosło trzykrotnie, a owoców nawet 12 razy! Ja wiem na pewno, że jedliśmy może mniej wykwintnie, ale na pewno zdrowiej. W mięsie nie było ulepszaczy, konserwantów i innych takich tam, często wędliny robiło się samemu wędząc je i peklując. I mimo, iż żywność w pewnym okresie była na kartki, to każdy znał jakiegoś rolnika, każdy umiał zorganizować ćwiartkę lub połówkę świniaka, a potem go świetnie przyrządzić.

W wakacje jeździło się na biwaki lub do licznych krajowych ośrodków wypoczynkowych. Każdy zakład pracy taki miał. Dziś podąża się w kierunku Grecji, Włoch, Egiptu … Kiedyś wyjazdy zagraniczne nie były tak dostępne, ale nie musiały być, skoro miejsc do wypoczynku w naszym kraju było bez liku. A jak ktoś się uparł, że chce za granicę, to miał do wyboru Bułgarię, Krym albo Balaton na Węgrzech. I też było dobrze, a nawet lepiej, bo wyznacznikiem gościnności nie była ilość zostawionych tam pieniędzy.

Co zostało zaprzepaszczone z dorobku pokolenia naszych rodziców? Władze w PRL-u szczyciły się, że zlikwidowano analfabetyzm. Niestety jak patrzę i słucham niektórych naszych obecnych polityków mam wrażenie, że wysiłek pokolenia naszych rodziców poszedł na marne. Może to wina zmian w edukacji. Kiedyś w szkole nauczycieli szanowano, a nie jak jest dzisiaj, że to nauczyciele się boją uczniów.

Ale czy było lepiej niż dzisiaj? Te czasy były po prostu inne i jak każda epoka miała swoje zalety i wady. Wady zostawmy historykom i publicystom. Nie chciałbym w niniejszym artykule przybliżać ludzkiego dramatu, kiedy po kilku godzinach czekania w kolejce długiej jak obecnie do lekarza specjalisty, oglądało się jedynie półki z octem, bo chleba właśnie zabrakło. Zalety? Trochę wymieniłem, resztę dopowie każdy kto jeszcze pamięta tamte czasy.

Historia Proponowane Społeczeństwo