Autor: <span class="vcard">Robert Klimowicz</span>

W ubiegłą sobotę ogłoszono utworzenie nowej partii politycznej pod nazwą Polska Plus. Partię utworzyli byli działacze Pis. Jak powiedział Ludwik Dorn, jeden z liderów tego ugrupowania, ideą Polski Plus jest odwołanie się do energii Polaków między innymi przez obniżkę podatków i przeprowadzenie trzeciej fali polskich reform: finansów publicznych, systemu emerytalno-rentowego, ochrony zdrowia.

 

Szczerze mówiąc to nie poczułem się jakoś szczególnie zaskoczony tym co chcą zrobić. Nic nowego, nic oryginalnego. Wszystkie partie odwołują się do energii Polaków i mówią o potrzebie przeprowadzenia takich reform. Jednak gdy takie partie występują potem jako opozycja i ktoś próbuje te reformy wdrożyć, to zaczyna się krzyk, że krzywdzą ludzi. Oby w przypadku Polski Plus tak nie było. 

 

Mimo wszystko uważam, że ugrupowanie to tworzą ludzie, którzy dają pewną gwarancję, iż będą postępować inaczej niż awanturniczy Pis. Wydaje mi się, że są to politycy, których można przekonać do poparcia rozsądnych pomysłów, którzy nie będą przeciw dla samej idei walki politycznej. Dlatego też życzę im jak najlepiej. Im wyższe poparcie uzyskają w społeczeństwie tym słabszy będzie Pis. Oby tylko udało im się przekroczyć 5% próg wyborczy.

Polityka

Stanisław Żelichowski stwierdził, że są trzy kategorie przeciwników politycznych; wróg, śmiertelny wróg i koalicjant! Janusz Palikot do tego zestawienia słusznie dodał, iż tak naprawdę prawdziwym powodem zmartwień jest członek twojej partii. To nie przeciwnicy polityczni z innych ugrupowań sprawiają, że z czasem tracimy w sondażach, przegrywamy wybory. To często działania bardzo ambitnych członków twojej własnej partii. Zamiast się wspierać, dążyć do wspólnego celu tracimy energię na niszczenie kolegi, bo za bardzo się wzmocnił i będzie zagrożeniem w następnych wyborach wewnątrzpartyjnych, przeszkadza nam gdy ktoś próbując zrobić coś pożytecznego, w naszym mniemaniu za bardzo się lansuje. 

 

Problemem jest chyba to, że często do partii trafiają ludzie zbyt ambitni, którzy wspólny cel widzą tylko wówczas, gdy zgodny jest z ich własnymi wytycznymi. Problemem jest to, że wielu chce być w wąskiej grupie decyzyjnej, a gdy tam nie trafiają to już nie widzą sensu gry zespołowej i nie rozumieją że tylko wspólne działanie może przyczynić się do osiągnięcia sukcesu. Zapomnieli o tym ludzie z AWS i SLD, jak skończyli? Każdy wie.

Polityka

Politycy mają skłonność do myślenia o następnych wyborach, a nie o następnym pokoleniu.

 

Nie odkryję Ameryki jeżeli napiszę, że to stwierdzenie Ronalda Reagana pasuje nie tylko do tej wielkiej polityki, ale także do samorządowego podwórka.

 

Rok 2010 to rok wyborów samorządowych, więc nic dziwnego, że przy konstrukcji budżetu myślano o nich równie mocno co o potrzebach miasta, a na pewno bardziej niż o przyszłych problemach. Co mam na myśli? Nowa ustawa o finansach publicznych, która obowiązuje od 1 stycznia b.r. wprowadziła m.in. rozwiązania, które mają ograniczyć ryzyko nadmiernych wydatków środków publicznych oraz zasadę długofalowego planowania. Jednym z takich rozwiązań są przepisy zawarte w art. 243 ustawy. W dużym skrócie mówiąc można powiedzieć, że przepis ten nie pozwala uchwalić budżetu miasta jeżeli nadwyżka budżetowa i dochody majątkowe liczne jako średnia z trzech lat nie pokryją obsługi długu jednostki samorządowej. Niestety istnieje niebezpieczeństwo, że w Ełku w 2014 roku dojdzie do takiej sytuacji.

 

W budżecie miasta na rok 2010 przewidziano nadwyżkę dochodów bieżących nad wydatkami bieżącymi w wysokości trochę ponad 64 tys. zł, co jest nadwyżką bardzo nieistotną. Biorąc pod uwagę zaplanowane bardzo optymistyczne dochody może tej nadwyżki w ogóle nie być, a nawet dojść do sytuacji, że miasto rok skończy z deficytem. Jak to się ma do roku 2014? Maksymalna obsługa długu w tym właśnie roku może wynieść blisko 10 mln zł. Skoro tak, to już od przyszłego roku wydatki bieżące muszą być znacznie niższe niż w roku 2010 (i tak przez lata 2011 – 2013). W skrajnym przypadku, gdy mizerne będą dochody ze sprzedaży majątku należącego do miasta, będą musiały być niższe nawet o blisko wymienione 10 mln zł. W praktyce nie ma takiej możliwości, by tak gwałtownie obniżać wydatki bieżące z roku na rok. Trzeba to robić stopniowo w poszczególnych latach, czyli już w budżecie na rok 2010 twórcy planu finansowego powinni zaplanować zmniejszenie tych wydatków. Niestety nie było to możliwe. Rok wyborczy to potrzeba polityków do pokazania się szerszym masom, to potrzeba organizacji imprez, na których te szerokie masy mogą być.

 

Czy to oznacza, że czeka nas katastrofa, a te wszystkie imprezy są zbędne? Oczywiście, że nie. Piszę jedynie o pewnym niebezpieczeństwie, na które należało zwrócić uwagę przy planowaniu wydatków, które do budżetu powinny być wpisywane z większą rozwagą. Może być tak, iż poprawa koniunktury gospodarczej przyczyni się do wzrostu dochodów miasta, że dochody majątkowe wzrosną na tyle, że taka obsługa długu nie będzie stanowiła żadnego problemu. Nie można też po prostu wyłączyć światła i powiedzieć teraz oszczędzamy, nie organizujemy w mieście żadnych imprez masowych. Należało jednak tak na wszelki wypadek, z powodu niewiadomej co do rozwoju polskiej gospodarki, zaplanować trochę skromniejsze wydatki bieżące. 

 

Budżet miasta Ełk na rok 2010 nie jest budżetem złym. Jest prorozwojowy, zapewniający miastu wiele atrakcji, które są niezbędne aby przyciągnąć do miasta turystów i zapewnić rozrywkę mieszkańcom. Problem polega na tym, że w perspektywie najbliższych kilku lat może okazać się, że nas na taki budżet po prostu nie stać.

Polityka Samorząd

Polityka